Patrząc na obecne realia, świat wydaje się miejscem do realizowania osobistych celów i marzeń. Kto szuka więcej esencji w życiu kierowany jest w stronę samorealizacji, która jako idea sama w sobie brzmi bardzo dobrze, jednak według mnie nie powinna być ostatecznym celem. Istnieje w końcu powód, dla którego jesteśmy między innymi ludźmi. I o tym właśnie będzie ten tekst.
Przeżywam ostatnio jałowy czas, coś z gatunku- “nie mam pojęcia co dalej”. Dotarłem do pewnej ściany, pod którą przestała działać moja dotychczasowa postawa skierowana w stronę realizacji własnego potencjału. Myślałem o pisaniu trochę jako o ostatecznym celu, o czymś o co muszę po prostu zadbać żeby kontynuować, a kiedy przydarzy mi się dłuższa przerwa to wrócić jak najszybciej to możliwe. Może to brzmi niejasno, ale mam na myśli że czuję się ostatnio jakbym utknął gdzieś pomiędzy jakimiś dwoma etapami. Ja już znam ten stan, bo nie przytrafił mi się po raz pierwszy. Podobnie miałem za każdym razem, gdy trwała we mnie jakaś konkretna zmiana. Nazwałbym to zmianą kontekstu myślowego, bądź poszerzaniem świadomości. Przynajmniej takie mam skojarzenie.
Przyziemne kontra duchowe
Wydaje mi się, że obecny etap ma wyłonić coś nowego, coś co umożliwi mi wyruszenie w dalszą drogę. Zacząłem odpływać w kierunku wyzwań czy zmagań duchowych, cokolwiek to właściwie znaczy. Czytam kolejną książkę Frankla o sensie życia i egzystencjalizmie. Oprócz tego, mój ojciec miał biopsję niecałe dwa tygodnie temu, która zbiegła się w czasie z naszą wizytą w Polsce. Teraz czekamy na wyniki badania, więc podskórnie zapewne jest jakiś rodzaj stresu. Nie chodzi tylko o to, czy mój ojciec ma raka prostaty czy nie, ale też czy ja nagle, z dnia na dzień nie znajdę się w grupie podwyższonego ryzyka. Może jeszcze nie teraz, bo mam dopiero trzydzieści siedem lat, ale jeśli rezultat będzie pozytywny, to będę musiał już za kilka lat pomyśleć o pierwszym badaniu.
Oprócz tego dochodzą filmy jakie ostatnio oglądaliśmy na netflixie, czyli między innymi o kobiecie umierającej w szpitalu na nowotwór, czy o przedwczesnej śmierci obojgu rodziców bohaterki innego. Jak widać króluje tematyka śmierci i przemijania. Ale to nie jest dla mnie jakiś problem. Nie unikam myślenia o życiu z tak zwanej ostatecznej perspektywy. I tutaj pojawia się słowo klucz –ostateczna. Nie jestem człowiekiem religijnym i nie praktykuję żadnego rodzaju wiary czy wyznania. Jestem jednak przekonany, że śmierć ludzkiego ciała nie będzie moim końcem. To żadna rewelacja, wiem, ale chcę zaznaczyć swój punkt widzenia, który wcale nie wynika z wiary w boga. Moim zdaniem bóg jest archetypem potrzebnym człowiekowi do wytłumaczenia sobie życia. Żeby móc wyjaśnić swoje pochodzenie, odnosić się do czegoś większego od siebie w trakcie ludzkiej wędrówki, a na końcu ustalić własne przeznaczenie. Religia to wszystko tłumaczy krok po kroku, od początku do końca. Nie pozostawia cienia wątpliwości. Problem w tym, że ja tego nie kupuję. I być może dlatego przechodzę to, co teraz się dzieje. W dodatku nie pierwszy raz. Ale to byłaby jedynie wymówka, więc wolę się z tym nie utożsamiać. Nie będę też palić głupa, że mam ostateczne odpowiedzi, bo tak po prostu nie jest. Zastanawiam się nad nimi – to jest sedno sprawy. Być może przechodzę swego rodzaju ciemną noc duszy?
Prawdziwa miłość
Ajahn Brahm powiedział kiedyś, że prawdziwa miłość to podjęcie decyzji o całkowitym zaangażowaniu i bezwarunkowej akceptacji drugiego człowieka, niezależnie od okoliczności. Z kolei David R. Hawkins twierdził, że miłość to nie jest zwykła przemijająca emocja czy romantyczne zauroczenie, lecz stan wyższej świadomości i bezwarunkowa postawa wobec życia. A co ja uważam, w dodatku po lekturze książek Viktora Frankla? Zgadzam się z wszystkimi trzema, bo każdy z nich podkreśla znaczenie czystych intencji. Życie nie powinno polegać na braniu, lecz na dawaniu. Pieniądze, władza, status, rzeczy materialne, czy cokolwiek namacalnego nie ma większego znaczenia. To bardzo przyziemne sprawy, które nie mają wartości same w sobie. Może jedynie dla kogoś z ograniczoną perspektywą, ale na pewno nie dla poszukującego prawdy. Nie potrafię zadowolić się banalukami o sukcesie, o którym pieje się wszem i wobec, zupełnie jakby miał stanowić główny cel człowieka. Nie jestem bogaczem i nie chcę nim być, nie mam też żadnej ‘pozycji’ i wcale żadnej nie pożądam. Dla mnie esencja życia jest czymś innym. Znaczniej bliżej mi do poglądu wspomnianej wyżej trójki, którzy kładą nacisk na relacje: z samym sobą, z innymi ludźmi i z wszechświatem.
Wielokrotnie zastanawiałem się jaki sens powinna mieć praca, na ile trzeba przykładać wagę do relacji w domu, i czy w ogóle potrzebuję mieć styczność z kimkolwiek poza moją najbliższą rodziną. Tutaj nigdzie nie powinna liczyć się kasa ani żadne fanty. Przecież zarabianie polega na wymianie jakiejś konkretnej wartości za pieniądze. Nie wystarczy też być jedynie ‘członkiem rodziny’, tylko faktycznie być zaangażowanym w jej funkcjonowanie. Według mnie wszystko się tutaj klei i chodzi po prostu o bezinteresowną miłość do każdego człowieka. O akceptację, współczucie i wsparcie. Cóż innego?
Jeśli stan podwyższonej świadomości oznacza rozumienie kontekstu prawdziwej miłości, to co powinno być celem człowieka?
Na pewno nie tylko samorealizacja, lecz raczej samotranscendencja. I mam nieodparte wrażenie, że to jest moja odpowiedź na teraz..
