Stoję w Starbucks’ie czekając na zamówienie dla klientki – mrożone latte z karmelem i ciastko czekoladowe. Na podjeździe kawiarni sznur aut czeka na swoją kolej, a ja zastanawiam się- Czy to normalne, że wolą podjechać gdzieś po kawę i śniadanie, niż zrobić sobie w domu? Przecież wyjdzie taniej, też można przygotować coś ulubionego, istnieją ekspresy do kawy i w ogóle. Ale najwyraźniej jestem staroświecki, zacofany, albo może po prostu biedny i żałujący pieniędzy na byle co? Poza tym w domu nie muszę czekać w kolejce, jak zombie które nie obejdzie się bez porannej dawki swojego przysmaku. W każdym bądź razie wsiadam do auta, ruszam pod wskazany adres, dostarczam i dostaję kolejny kurs. Tym razem Mcdonald’s, będzie ‘zdrowe’ śniadanie. Później Morrisons Daily, jedna z brytyjskich sieciówek spożywczych. Tutaj odbieram już faktycznie niezbędne produkty: dwie butelki gazowanej coli i kilka rodzajów słodyczy. Dieta cud – będzie cud, jak klient schudnie. Ale to raczej nie jest jego priorytetem, tylko dogodzenie sobie cukrem.
Na aplikacji wyskakuje kolejny kurs, który akceptuję i od razu sprawdzam co jest na liście. Ahh tak, flaszka wódki z rana jak śmietana. Nie dziękuję, nie wspieram alkoholizmu i anuluję zlecenie. Takich będzie jeszcze kilka tego poranka, tak samo jutro i w każdy inny dzień. Kojarzę już parę takich stałych adresów, które codziennie od rana domagają się “nawodnienia”. Odrzucam je z miejsca, ale ciągle pojawiają się nowe.
Alkoholicy
Zamówienia z innej popularnej sieciówki – Tesco Express – są składane przez inną aplikację niż uber eats, więc nie mam wglądu w listę zakupów. Dlatego każde z nich jest dla mnie wielką niewiadomą. Zacząłem z tego powodu odruchowo odrzucać większość zleceń od nich we wczesnych godzinach. Pamiętam do dzisiaj, jak jednego poranka przyjechałem do sklepu i zapytałem wprost: Czy w tym zamówieniu jest alkohol? Kiedy potwierdzili, powiedziałem że nie biorę tego zamówienia i pewnie zaraz przyjedzie inny kierowca. Zdziwieni spytali o powód, więc wyjaśniłem im swoją zasadę, że nie dostarczam rano alkoholu. Zaśmiali się między sobą, a jedna z kobiet powiedziała, że przecież ktoś to sobie mógł zamówić na później, na popołudnie czy wieczór. “Codziennie, serio? “ – zagadnąłem, ale i tak nie zrozumieli, bo zdziwienie nie zniknęło z ich twarzy. Ja za to pożegnałem się, obróciłem na pięcie i wyszedłem. Na początku tej pracy nie zwracałem za bardzo uwagi na to, że dowożę rano alkohol. Bo ktoś składający zamówienie na kilka rzeczy, może faktycznie wypić dopiero popołudniu. Chciałbym w to wierzyć, jednak kiedy na liście zakupów oprócz flaszki wódki, wina czy kraty browara są jedynie półprodukty, które podgrzane w mikrofalówce mają szybko zapełnić brzuch przed kolejną libacją, bądź pierdoły typu chipsy i tego typu przekąski- nie sądzę, aby chlanie było odroczone do chociażby przysłowiowej dwunastej.
Kiedyś odebrałem trzy butelki wina około dziewiątej rano i pojechałem na bloki. Wyszedłem na piętro, a drzwi otworzyła mi kobieta, która ledwo trzymała się na nogach opierając się o futrynę. Zaraz po otwarciu każdych drzwi klienta, mam zwyczaj witać się i pytać – “Are you ok?”. I choć wspomniana pani odpowiedziała twierdząco, to wcale tak nie wyglądała. Powiedziałem jej szczerze, że sorry, ale nie mogę zostawić tego wina, bo jest zwyczajnie pijana. Ten bardzo smutny i przygnębiający dla mnie widok sprawił, że poczułem napływające do oczu gorzkie łzy. Zwróciłem zamówienie do sklepu, bo mam taką możliwość. Nic nie straciłem, bo płacą wtedy zarówno za kurs, jak i za przejazd powrotny do punktu odbioru. Ale nie o pieniądze przecież chodzi. Tamtego dnia powiedziałem sobie, że więcej rano nie dostarczam alkoholu.
Sens pracy dostawcy
Staram się myśleć o swoim zajęciu zarobkowym w pozytywny sposób. Skupiam się wtedy na fakcie, że przecież nie każdy posiada samochód, wygodne połączenie autobusowe lub czas na zakupy, a wtedy usługa dostawy do domu jest bardzo przydatna. I faktycznie tak jest dla osób, które wykorzystują ją do konkretnych zakupów. Mam na myśli niezbędne produkty, typu klasyczne zakupy spożywcze i powiedzmy chemia. Nawet zamówienie z drogerii zrozumiem jako coś w miarę potrzebnego. Trafiają się nawet okazjonalnie kursy do marketu budowlano-narzędziowego. I to wszystko jest w porządku. Normalne sprawy, zwykłe potrzeby, wszystko gra. Ale robię też kursy typu śmieciowe żarcie, alkohol lub jakieś pierdoły, które dostarczam nawet na odległość zawrotnych pięćdziesięciu czy stu metrów. Serio, niektórzy dotarli by wielokrotnie szybciej do sklepu i zdążyli wrócić do domu, zanim ja odbiorę i przywiozę zamówienie samochodem. To już na pewno kwestia lenistwa, bo widzę przecież, że nie chodzi o niepełnosprawność ruchową czy coś tego typu.
I mógłbym teraz od kogokolwiek usłyszeć, że przecież dostaję za to pieniądze. Pewnie, że tak i nie zamierzam póki co z tego rezygnować. W końcu dzięki temu utrzymuję moją rodzinę i nie pracuję od ponad roku na etacie, więc mam z głowy interakcje z kolejnym zjebanym szefem. To sobie chwalę jak najbardziej, ale nie byłbym też sobą, gdybym się nie zastanowił nad znaczeniem tego, co robię przecież każdego dnia. Tak już mam, że życie nie jest dla mnie czymś powierzchownym i zwracam uwagę na wiele spraw. Nad wieloma zastanawiam się pewnie więcej, niż prawdopodobnie większość innych kierowców, którym zazwyczaj wszystko jedno co, komu i kiedy dostarczają.
Czy jest sens w ogóle o tym myśleć? Dla mnie owszem, bo chciałbym żeby moja praca miała znaczenie i była zgodna z moimi wartościami. W przypadku uber eats jest z tym różnie, bo pełna elastyczność i swoboda miesza się z poczuciem przykładania ręki do bezmyślnego konsumpcjonizmu, wspierania niezdrowych nawyków, a nawet nałogów. Dlatego w mojej głowie rodzi się tytułowe pytanie – Kto z nas wykonuje dzisiaj pracę faktycznie użyteczną, a kto jest “jedynie” spełniaczem zachcianek?
Przecież nie tylko moja praca polega na realizowaniu zbędnych zamówień czy usług, prawda?
W jakim kierunku zmierzamy?
Jeśli się tak głębiej nad tym zastanowić, to wychodzi że stworzyliśmy sobie świat pełen możliwości, ale równocześnie skazany na powierzchowność i pociąg do płytkich czy wręcz prymitywnych spraw. Kult przedmiotów, technologii i byle jakiej rozrywki. Sport i aktywność nie jest już tak ważną częścią życia jak kiedyś, co widać chociażby po pustych orlikach i placach zabaw. I to nie jest tak, że nikt z nich nigdy nie korzysta. Ale wciąż wydaje mi się, że na pewno nie są odwiedzane tak często, jakby to było na przykład w czasach mojego dzieciństwa. Wiadomo, że w latach dziewięćdziesiątych nie było boisk ze sztuczną nawierzchnią i bajerzastych placów zabaw, ani smartfonów, tabletów i innych cudów techniki. Czasy się zmieniają, ludzie funkcjonują w inny sposób.
To niby oczywiste, ale zastanawia chociażby fakt, że kiedyś byłem upominany przez rodziców za pisanie wiadomości SMS w trakcie rodzinnych spotkań, a dzisiaj mój ojciec miewa fazy podsyłania mi ciągu tik toczków, których ja nawet nie otwieram. Nie zwraca uwagi nawet kiedy powiem wprost, że nie będę na to patrzył. Takie zachowanie przypomina mi trochę początki internetu w Polsce, kiedy podniecone nastolatki udostępniały sobie nawzajem co popadnie. Jak widać, ten boom pochłonął również starsze pokolenia, tylko z opóźnieniem w czasie. Zostali wciągnięci przez sieć tak samo jak niewinne, bezbronne dzieci. Nawet tego nie zauważają, i pewnie zareagowali by śmiechem bądź wyparciem, gdybyś tylko zwrócił im na to uwagę.
A niby czym mieliby zajmować się dziadkowie na emeryturze?
I to jest właśnie bardzo smutne dla mnie, że ludzie w wieku emerytalnym nie mają nic sensownego do zrobienia. Przynajmniej nie na tyle ważnego, żeby nie dać się ponieść nurtowi przeglądania tik toczków czy innych rolek. Nie musisz się ze mną zgodzić i mierzyć w to samo, ale ja chcę za dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat wciąż być osobą, która żyje swoimi pasjami.
Przecież w byciu starym nie chodzi jedynie o zajmowanie się wnuczkami, oglądanie telewizji i czekanie na śmierć. Ci, którzy tak dzisiaj właśnie mają, najwyraźniej nie odkryły w sobie popędu do czegoś bardziej wartościowego, jakkolwiek to zabrzmi. A może przez całe dotychczasowe życie przekładały własne pasje nad inne zajęcia, według nich bardziej realistyczne, praktyczne i użyteczne? Oczywiście nie mnie to oceniać, bo każdy sam wybiera, co robi i czemu nadaje priorytet. Chodzi mi o to, że kiedy masz powiedzmy nawet siedemdziesiąt lat, to wciąż nie wiesz czy nie przeżyjesz kolejnych dwudziestu, lub nawet trzydziestu. Niektórzy czytają książki tak długo, jak to fizycznie jest możliwe, i dzięki temu dłużej zachowują trzeźwość i sprawność umysłu. Wcale nie trzeba poddawać się stagnacji ze względu na wiek, bo to przytłaczające i wręcz depresyjne. Według mnie, właśnie z powodu braku konkretnego zajęcia czy zainteresowania szybciej pojawia się demencja. Wiadomo, że to nie działa tak zero-jedynkowo, ale nie chce mi się wierzyć, że brak aktywności umysłowej czy fizycznej nie ma na to wpływu.
Poza tym, kiedyś nadejdzie moment, w którym umrze twój mąż czy żona. Pojawi się wielka i głęboka samotność. Totalna zmiana, bo ktoś bliski był u twojego boku przez wiele lat. Co wtedy? Twoje życie też ma się na tym zakończyć, bo ze smutku i żalu zapadniesz się w fotelu beznadziei? Nie chcę tego ani dla siebie, ani dla mojej żony jeśli to ja będę pierwszy w kolejce do piachu. Nie wiesz jak długo potrwa twoje życie, więc żaden moment czy przykre wydarzenie nie powinno cię powstrzymywać przed próbą życia w pełni. Skoro nie wiadomo co będzie potem, to po co się zatrzymywać?
Konsumpcjonizm, a jakość życia
Nie bez powodu nawiązałem do śmierci, bo jej perspektywa pozwala spojrzeć w zupełnie inny sposób na to, co i jak dzisiaj robimy. A może przede wszystkim zmusza do zadania pytania- Po co robimy to, co robimy? Jaki jest tego sens?
Nie wiem czym kierują się ludzie pochłonięci konsumpcją, bo pewnie tych powodów jest niezliczenie wiele. Wiem natomiast na pewno, że bierność w życiu oznacza słabą jakość. Posiadanie dla samego posiadania i używanie dla samego używania są beznadziejną, zupełnie bezwartościową grą niewartą świeczki.
“Lepsze jest głębokie doświadczenie jednej rzeczy lub chwili niż powierzchowne zużywanie zasobów.”
A my, którzy zajmujemy się pracą spełniającą jedynie zachcianki innych ludzi, co robimy ze swoim życiem? Angażujemy się w budowanie pustej kultury, która ceni płytkie zajęcia i rzeczy materialne, kosztem prawdziwych wartości. Nie namawiam do porzucenia pracy dla samej idei robienia czegoś faktycznie sensownego. Zapraszam do refleksji na temat tego, czy na pewno właśnie do tego chcesz przykładać swoją rękę? Czy satysfakcjonuje cię spędzanie kilku godzin dziennie na próbie dogodzenia komuś, kto ostatecznie wciąż będzie miał za mało? Nawet nie doceni twojej pracy, bo jesteś jedynie trybikiem w maszynerii połykania i wypluwania kolejnych nowości.
Nie jestem teoretykiem. Moja obecna praca wcale mnie nie zadowala, ani nie widzę w niej większego sensu. Właściwie to żadnego, no może poza możliwością utrzymania dzięki temu swojej rodziny. Co jest oczywiście moim priorytetem, ale można to robić na różne sposoby. Dlatego nie poprzestanę budować czegoś według mnie faktycznie wartościowego – pracy, która ma dla mnie sens i znaczenie.
Nie od wczoraj kłuje mnie pod żebrami sposób, w jaki zarabiam. Nie zamierzam tak tego zostawić i męczyć się do emerytury, czy jak długo to byłoby konieczne żeby przetrwać. A jeśli ktoś ignoruje tak ważną część życia jaką jest praca i jej wpływ na codzienne doświadczenie, to jest na doskonałej drodze żeby zbudować portfolio zmarnowanych lat. Gratuluję.
Dusza ma charakter ewolucyjny
Niektórym się wydaje, że samorealizacja jest wydmuszką. Wymysł guru rozwoju osobistego, który jest chwytliwym sposobem na sprzedaż produktów ich autorstwa. Albo coś raczej zbędnego- być może potrzeba którą się niby odczuwa, ale jednak niekoniecznie jest traktowana jako coś, czym należy się zajmować i nadawać temu priorytet. Ja osobiście się z tym nie zgadzam, bo jestem świetnym przykładem frustracji spowodowanej brakiem działania w kierunku samorealizacji. Kiedy tylko mam przerwę od pisania to zaczynam usychać, odczuwam pustkę tak głęboką, że prawie nic innego nie ma znaczenia. Może to nie to samo co fizyczny głód, ale równie ciężko przychodzi mi to znosić.
Pewnych rzeczy nie da się zwyczajnie odwidzieć, jeśli już je raz zobaczyłeś. A ja właśnie w pisaniu odkryłem drzemiący we mnie potencjał i możliwość samorealizacji. Dlatego każdy dzień bez stukania w klawiaturę boli mnie od środka. Twórczość domaga się uwolnienia, wolności i ekspresji. Nie pozbędę się już tego uczucia, bo to jestem ja, a nie zapożyczony, cudzy pomysł na siebie. Nie kopiuję innych pisarzy tworzących poradniki, bo to jest niby coś, czego ludzie szukają. Dzielę się swoimi doświadczeniami i refleksjami bo głęboko wierzę , że na tej podstawie czytelnik może dojść do własnych wniosków w konkretnych tematach, oraz ma okazję zastanowić się nad samym sobą. Może to naiwne, ale tak właśnie uważam.
Kiedyś nie pisałem wcale, bo zajmowałem się innych rzeczami. Autodestrukcją poprzez uzależnienia. Szedłem w przeciwnym do właściwego kierunku, bez pomysłu i intencji. Wiedziałem o sobie tak mało, że nie potrafiłem nawet zbliżyć się do własnej ścieżki w życiu. Można nawet powiedzieć, że wcale jej nie szukałem, a przynajmniej nie w sposób świadomy. Jednak dusza nie pozwalała mi tkwić na dnie, i mimo wszystko umożliwiła powrót do żywych. Musiałem jednak sam na to zapracować codziennymi wyborami, bez pomocy nikogo z zewnątrz. Nikt za nikogo takiej pracy nad samym sobą nie wykona. A w środku każdego z nas zawsze jest pociąg do rozwoju, do wspomnianej samorealizacji.
Jakie znaczenie ma twoja praca?
Czy to nie jest słabe, że większość z nas wykonuje dzisiaj zupełnie zbędną robotę, która nie ma większego znaczenia ani sensu? Czy tak ma wyglądać ludzka ewolucja? Jako realizowanie egocentrycznych popędów, zamiast prawdziwego rozwoju?
Na szczęście są między nami ludzie, którzy w pewnym momencie zrozumieli potrzebę głębi. Jest więc nadzieja na coś lepszego, na więcej jakości i autentyczności. Bowiem im więcej osób zrozumie własny potencjał, tym lepiej będzie się nam wszystkim żyło. Jeden człowiek może wywierać pozytywny wpływ na masy innych. Do tego jest potrzebne skupienie się na swojej prawdziwej formie, na zestawie który otrzymałeś na starcie.
Ponownie- nie namawiam do spontanicznego porzucenia pracy, ale do zastanowienia się mocniej nad jej znaczeniem. Jeśli obecne zajęcie nie wypełnia niczego, poza portfelem, to czas coś z tym zrobić. Chyba nie chcesz skończyć jako trybik konsumpcjonizmu?

Czy lubienie swojej pracy, to naprawdę „marzenie ściętej głowy”?
Tak twierdzą ci, którzy sami nie potrafią wyrwać się z błędnego koła niechcianego etatu. Wolą tkwić w miejscu, w którym nic dobrego na nich nie czeka – ani satysfakcja, ani dobre pieniądze.
Pytanie brzmi: Czy Ty właśnie w ten sposób chcesz spędzić większość swojego życia?
Spędziłem 5 lat na poszukiwaniu zajęcia, które nie będzie tylko bezduszną wymianą czasu na pieniądze. W e-booku „Dlaczego praca powinna mieć sens” rozliczam się z mitem, że praca musi boleć. To zapis mojego osobistego kryzysu egzystencjalnego i drogi, która doprowadziła mnie do zrozumienia jak potężny wpływ ma to, co robimy przez osiem godzin dziennie, na nasze poczucie własnej wartości i szczęście.
