Dom na wsi

By

Moje życie zatoczyło pewne koło. Od wyjazdu do Anglii dziesięć lat temu, jako ucieczka z toksycznego środowiska, próba zwalczenia własnych słabości, nowy start, faktyczna niezależność i późne wejście w dorosłość. Wtedy nie miałem dosłownie nic. Ani pieniędzy, ani nikogo bliskiego czy jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Dosłownie czarna dziura, w dupie o głębokości nie do zmierzenia. Miałem bardzo wiele do przerobienia, sporo do odkrycia i jeszcze więcej do zaoferowania światu. Z perspektywy czasu wcale nie żałuję durnie spędzonych lat na autodestrukcji, to była moja lekcja życia. Najwyraźniej taką musiałem przejść drogę do siebie. Dzisiaj, ciężko mi przetrawić pustą wartość, płytkie zajęcia i bycie nijakim. Nie jestem już tak zagubiony jak w momencie wyjazdu za granicę. I chcę wracać, już dawno chciałem.

Bo dzisiaj nie brakuje mi już niczego. Może nie mam zbyt dużo pieniędzy, ale jeszcze kilka lat temu miałem parę tysięcy funtów długów hazardowych. Zaciągniętych na chwilówkach z niemoralnie wysokimi odsetkami. W tym kontekście, posiadanie pewnych oszczędności dzisiaj jest nie lada sukcesem. Utrzymuję dzisiaj dzięki swojej pracy pięć osób, zamiast pompować kasę w akcyzę i kasyna online. Mam wspaniałą rodzinę. Nie jesteśmy idealni, ale razem, naprawdę razem. Nie tylko na zdjęciu. Myślę, że jako tak zwana rodzina patchworkowa dajemy sobie świetnie radę. Mamy swoje wyzwania, czasami zgrzyty, ale też wspólnie się bawimy, przytulamy i wspieramy. Czego chcieć więcej?

Polska

Powrót po wielu latach za granicą wcale nie jest łatwy, ale nadszedł już czas. Skoro niczego nie brakuje, to po co tutaj w ogóle być? Nigdy nie czułem się w Anglii jak swojak i nigdy nie będę. Nie ma znaczenia, ile kolejnych lat życia bym tu spędził – nie jestem u siebie i nigdy tak się tutaj tak nie czułem. Poza tym, mam już serdecznie dość oglądania z bliska upadającego coraz niżej kraju, gdzie przestępczość stale rośnie. To nie jest dobre miejsce do wychowywania dzieci, do pracy, ani w ogóle do przebywania. Po prostu od paru lat narasta we mnie obrzydzenie wobec tego kraju, które nasiliło się w ostatnich dwóch latach.

Nie koloryzuję Polski, nie patrzę na nią jedynie przez różowe okulary. To nie jest tak, że tam trawa jest bardziej zielona. Ale dekada życia w Wielkiej Brytanii nie zachęciła mnie do pozostania, a wręcz przeciwnie. Tym bardziej nie widzę tutaj przyszłości dla swoich dzieci. Czas na dużą zmianę, już kolejną. Bo nieco ponad rok temu zamieniliśmy wielkie Birmingham na mały Hartlepool. Jednak to pomogło jedynie skrócić wyrok hipoteczny. Za to spotęgowało moje poczucie obrzydzenia do lokalnych realiów: wszechobecny brud, pijactwo, narkomania i brak poczucia bezpieczeństwa. Przez ostatni rok pracy na uber eats byłem mimowolnym świadkiem tylu patologicznych sytuacji, ile nie nazbierało się przez poprzednie trzydzieści sześć lat mojego życia. Widziałem bezczelne sklepowe kradzieże, uliczne bójki, sam dostałem nawet raz w pysk pod sklepem, bo  chciałem jedynie do niego wejść. Oglądałem pana rzygającego przez barierkę na rondo, kobiety pijaczki odstawiające dziwne sceny, grupy meneli okupujących okolice ścisłego centrum miasteczka. Poza tym, coraz bardziej powszechne przejeżdżanie na czerwonym świetle. Okazuje się, że jakiekolwiek przepisy drogowe zdają się nie dotyczyć zwłaszcza rowerzystów, którzy po prostu przelatują przez krzyżówki w dowolnym momencie – bez względu na to, co akurat pokazuje sygnalizator. Kilka tygodni temu wracaliśmy z żoną i naszą trzyletnią córką ze spaceru, kiedy przed nami na chodniku nagle pojawił się motocyklista w kominiarce. Cóż za zacny widok, prawda? Co sobie w takiej sytuacji pomyśleć?

Nie chcę żyć w takim miejscu, ani wychowywać tutaj dzieci. Nie uciekamy, tylko wybieramy coś lepszego dla naszej rodziny.

Dlaczego wieś?

Trudno mi sobie wyobrazić spokojniejsze miejsce do życia niż wieś. A Polska ma do zaoferowania mnóstwo pięknych rejonów. Oglądamy na youtube ludzi, którzy już przenieśli się na wieś, bądź niedawno kupili stary dom, który będą remontować. Cała otoczka tych miejsc jest wprost hipnotyzująca, tak pociągająca, że człowiek chciałby się tam od razu znaleźć i nigdy nie wyjeżdżać. Zresztą, oboje z żoną pochodzimy ze wsi i na wieś wracamy. Także nasza słoma z butów będzie już na swoim miejscu:)

Wyobrażam sobie nasze dzieci biegające po dużym podwórku między drzewami. Nie martwię się wtedy o ich bezpieczeństwo, mogę odpuścić ciągłą kontrolę, dać im i sobie swobodę po prostu bycia. Możliwość robienia na co ma się ochotę, a nie trzymania się kurczowo blisko siebie. Nie chcę więcej bać się zdegenerowanych i zdesperowanych ludzi, którzy są zagubieni jeszcze mocniej niż ja sam dekadę temu. Ale nie chodzi jedynie o poczucie bezpieczeństwa, tylko o coś znacznie ważniejszego. O poczucie bycia na właściwym sobie miejscu, nie przypisanym przez los czy kogoś innego, ale wybranym świadomie przez samego siebie. Chodzi o powrót do natury, do prawdziwego świata, który nie jest środowiskiem stale walczącym o naszą uwagę. Na wieś, gdzie można wtopić się w otoczenie i stać się jego częścią, a nie jedynie przelatującym neuronem. Koniec z szybkim, nerwowym i powierzchownym działaniem. Czas zbudować relacje z miejscem i otoczeniem, osiąść we właściwym środowisku. Autentycznym i pełnym prawdy, którą ciężko dostrzec mieszkając w zgiełku miasta, gdzie ciągły ruch odbiera więcej niż oferuje. Nie mówię że miasto nie ma swoich zalet, ale to już kwestia indywidualnych priorytetów..


Biblioteczka