W zeszłą niedzielę dwóch mężczyzn utonęło w Morzu Północnym. Próbowali ratować dzieci jednego z nich, które zostały porwane przez prąd wsteczny wysokich fal. W desperacką akcję zaangażowanych było w sumie czterech mężczyzn, do czasu aż na miejsce przybyły służby ratunkowe. Dzieci ostatecznie przeżyły, ale ich ojciec i przypadkowy przechodzień, który również pospieszył im z pomocą – nie mieli już tyle szczęścia. Ta podwójna tragedia wydarzyła się na jednej z plaż mojego miasteczka, w miejscu gdzie sam wchodziłem do wody ze swoimi dziećmi. Po usłyszeniu tej informacji przeszły mnie ciarki i gorzkie poczucie żalu. Współczucie wobec dwóch rodzin, które straciły swoich ojców, a w drugim przypadku też dziadka, z którym wnuczka pojawiła się tamtego dnia na plaży, a on nie zawahał się ani przez chwilę żeby ruszyć na ratunek obcym pociechom. Dziewczynka razem z babcią były świadkiem heroicznej postawy, zakończonej utratą ukochanej osoby.
Ten dramat sprawił, że po raz kolejny przypomniałem sobie o kruchości swojego życia. W jednej chwili wszystko może się zmienić w nieodwracalny sposób. Wiadomo, że dochodziło już w przeszłości do podobnych incydentów, oraz że będą kolejne. Jednak nie to jest głównym tematem mojego tekstu.
Chcę zwrócić uwagę na to, jak ważne jest dobrze żyć każdego dnia. Cieszyć się chwilami z rodziną, z żoną czy mężem i dziećmi. Dbać o relacje z ludźmi, na których nam naprawdę zależy. Ale też zajmować się ważnymi dla nas sprawami, nie olewać kwestii pasji, i angażować się możliwie często w działania zgodne z naszą duszą. Nie traćmy czasu, którego końca nie znamy. Życie jest zbyt krótkie na ciągłe przekładanie istotnych rzeczy, na odpuszczanie chwil z bliskimi i unikanie podążania za własnym sercem. To przede wszystkim, bo to właśnie serce podpowiada nam, co się liczy najbardziej.
Być może to już wyświechtana gadka, ale zawsze aktualna. Łatwo dać się porwać prądowi obowiązków w pracy, załatwianiem drugorzędnych spraw czy przeglądaniu internetu. Trzeba uczciwie spytać samego siebie – Czy żyję własnym życiem, czy może jedynie biegnę na oślep, byle do przodu?
Zdarza mi się pokłócić z żoną, albo być niemiły dla dzieci. Jednak kiedy moje emocje nieco opadną, to każdorazowo żałuję przypominając sobie wtedy, że mogę na przykład wyjechać tego dnia do pracy i już nigdy nie wrócić. Nie chodzi o lęk przed śmiercią, tylko o odpowiedź na pytanie- W jakiej relacji z moimi ludźmi chciałbym odejść? Filtrując w ten sposób wydarzenia łatwiej przychodzi zrozumieć, że negatywne interakcje są po prostu stratą czasu. I uważam, że zgodzi się z tym każdy, komu zależy na innej osobie. Tak samo powinniśmy traktować wszystko czym się zajmujemy. Każda chwila ma znaczenie, i choć nie możesz być idealny, to na pewno stać cię na zaangażowanie. Tego dzisiaj brakuje ludziom, którzy wybierają surfowanie po internecie kosztem obecności w realnym życiu.
Pamiętam jak miałem dwadzieścia jeden czy nawet dwadzieścia pięć lat, i patrzyłem na osoby w wieku trzydziestu pięciu lat jak na zaawansowane wiekowo. Taką wtedy miałem perspektywę, a dzisiaj sam mam trzydzieści siedem lat. Kiedy to zleciało? Nie mam pojęcia, po prostu czas ciągle mija. Kiedyś żyłem w sposób, jakby miało mi go nigdy nie zabraknąć, a teraz staram się go nie marnować. Nie zawsze mi to wychodzi, ale samo wracanie do tej świadomości pozwala się czasem nieco opamiętać. Wyjść z amoku rutyny i umieścić w rozkładzie dnia czas z rodziną, chwilę dla pisania, przeczytać choćby fragment książki, pójść nawet na krótki spacer. Nie mówię o wielkich, górnolotnych celach. Chodzi o powszednie życie, o codzienną rzeczywistość.
Według mnie, warto chociaż od czasu do czasu spojrzeć na swoje życie z perspektywy śmierci. Mamy przecież tylko jedną szansę. Bez pojęcia co będzie po śmierci, i tutaj nie ma znaczenia, czy jesteś religijny czy też nie. Nikt nie ma gwarancji pośmiertnego scenariusza, a skoro tak, to nie marnujmy możliwości jakie mamy dzisiaj. Żyjmy w tu i teraz, jakkolwiek banalnie to brzmi..
E-booki
