Dwudziestego drugiego stycznia 2016 roku wsiadłem do autokaru z Polski do Anglii. Od tamtego momentu minęło równo dziesięć lat, a moje życie dzisiaj wygląda zupełnie inaczej.
Wtedy, oprócz bagaży, zabierałem w podróż pakiet przywar, których nigdy nie chciałem mieć, a które z biegiem lat przykleiły się do mnie jak rzepa. Często piłem, choć nigdy nie nazwałem się alkoholikiem, ani nawet nie pomyślałem o sobie w ten sposób. Co za obłuda. Udawałem, że to normalne, a ludzie dookoła tylko to potwierdzali. Czemu miałbym się nad tym w ogóle zastanawiać?
Pamiętam pierwsze pół piwa wypite na balkonie u starszego kolegi z sąsiedztwa. Miałem wtedy może trzynaście lat, to było gdzieś w czasach pierwszej klasy gimnazjum. Jako głupi małolat myślałem, że właśnie staję się bardziej dojrzały. W końcu zacząłem pić jak dorośli, nie wspominając już o tym, że jakiś czas wcześniej złapałem się za papierosy.
W momencie wyjazdu z kraju miałem dwadzieścia sześć lat. Mój staż jako palacza wynosił czternaście lat, a piłem od trzynastu. To oznaczało, że nałogi towarzyszyły mi przez połowę mojego dotychczasowego życia. A to jeszcze nie wszystko z katalogu, z którym wyjeżdżałem na Wyspy.
Emigracyjna iluzja resetu
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ten autokar do Anglii był ucieczką od dotychczasowego życia – niestety wcale nie bardziej świadomego. Ten wyjazd nie był moim wyborem. Po prostu pewnego dnia nadarzyła się okazja i skorzystałem.
Nie ukrywam jednak, że w tamtym momencie byłem mocno zmęczony własnym życiem i tym, jak ono wygląda. Oprócz wspomnianego alkoholu i papierosów, od jakiegoś czasu jarałem zioło i utonąłem w hazardzie. Opcja wyjazdu w moich oczach była ratunkiem, potrzebowałem zmiany otoczenia. Nie mogłem dłużej kontynuować takiej egzystencji.
Przez te wszystkie lata przed wyjazdem byłem idealnym przykładem człowieka reaktywnego. Jeśli wszyscy dookoła pili – piłem i ja. Tak samo było z paleniem, marihuaną i graniem na maszynach. Nie było we mnie za grosz refleksji. Zero. Po prostu dryfowałem zgodnie z falami rówieśników i otoczenia, w którym przebywałem. Płynąłem przed siebie, nie zdając sobie sprawy, że na moim mostku kapitańskim nie ma nikogo, a statek niesiony prądem zmierza prosto na skały.
Wydawało mi się, że zmiana kraju, waluty i otoczenia automatycznie zresetuje mój życiowy licznik. Nic bardziej mylnego, to była jedynie pierwsza emigracyjna iluzja.
Tam, dokąd pojechałem, zabrałem ze sobą cały majdan – nie tylko rzeczy osobiste, ale przede wszystkim wór własnych problemów.
Z deszczu pod rynnę
Oprócz tego niechcianego już bagażu, z czasem doczepiła się samotność. Mieszkałem co prawda z kuzynem i jego narzeczoną, ale oni byli głównie zajęci sobą. W pracy Polacy, Litwini i Anglicy. Międzynarodowe towarzystwo nie wniosło nic świeżego do mojego życia, raczej pogłębiło moje zgubne nawyki. Dla przykładu: już w pierwszym dniu pracy podczas przerwy zostałem zaproszony na palenie zioła. Cudownie, wpadłem z deszczu pod rynnę.
Różnica względem Polski polegała na tym, że teraz musiałem pracować i płacić rachunki. Już nie mieszkałem w ciepłym rodzinnym gnieździe, gdzie rodzice utrzymywali nieodpowiedzialnego gnojka. Tymczasem w Anglii kontynuowałem drogę ku upadkowi.
Aż do listopada 2017 roku.
Zmęczony realiami pierwszego z brytyjskich magazynów, przeniosłem się w zupełnie inne miejsce, w innym mieście. W nowej pracy, do której poszedłem, poznałem pierwszego dnia moją przyszłą żonę. To był mój punkt zwrotny. Oczywiście nie nastąpiła cudowna przemiana w ciągu miesiąca, ale rozpoczął się – można by powiedzieć – proces zdrowienia. Powrotu do samego siebie po latach spędzonych na reaktywnym powtarzaniu cudzych trendów.
Powrót na mostek kapitański
Nowa relacja wpompowała w moje serce nadzieję. Zacząłem na nowo wierzyć, że może jeszcze nie wszystko stracone. Proces zdrowienia wymaga jednak czasu, więc to był zaledwie początek mojej zmiany. Żeby wejść na mostek kapitański, musiałem pokonać wiele schodów. To mozolna robota, której nikt nie mógł za mnie wykonać. Musiałem zmierzyć się z własnymi lękami, przekonaniami i iluzjami, którymi do tej pory się karmiłem.
Moja dotychczasowa tożsamość zaczęła się kruszyć, coś we mnie pękało kawałek po kawałku. A na miejscu spalonej, wewnętrznej ziemi z czasem zaczęły wyrastać nowe rośliny. Były owocem szczerości i uczciwości wobec samego siebie, co zazwyczaj bywało bardzo bolesne. Nowa perspektywa nie pozwala trzymać się starego i znanego. Koniec z wygodnym cierpieniem.
Dlatego uważam, że chwycenie za stery własnego życia jest najlepszym, co może człowieka spotkać. Przestajesz grać w cudzą, niechcianą grę, która nikomu nie służy na dłuższą metę.
Reaktywność nie ma przyszłości. Trzeba mieć się czego chwycić, ale ciężko znaleźć cel warty dążenia, jeśli nie masz odwagi złapać za ster.
