Być może to tylko ja karmię się negatywnymi informacjami, wpisami i nagraniami. Albo coś jest na rzeczy, bo wydaje się być w życiu coraz trudniej. Mówię o tej zwykłej, codziennej egzystencji. Nie o wielkich sprawach i ambicjach. Chodzi o wykwit kryzysu mieszkaniowego, kosztów życia i problemów mentalnych, w skali całego świata. To nie są już tylko pojedyncze, zagubione w życiu jednostki, które przykładowo stoczyły się pod wpływem uzależnienia od alkoholu, czy narkotyków. Lub wylądowały na ulicy głównie w wyniku własnych błędów, pomyłek i złych wyborów. Wiem, że nie odkryłem w tym momencie Ameryki. To trwa od dawna.

System nigdy nie był wsparciem, to fakt, który trzeba w końcu przetrawić. Jednak nie po to, żeby go tylko wydalić tylną stroną ciała i nic poza tym nie zrobić. To byłaby obojętność. Nie uzyskasz w życiu pomocy ze względu na to, że jesteś obywatelem. Wszędzie jest podszewka interesów i władzy. Daleko mi do teorii spiskowych, a mówię jedynie o realiach, które obserwuję na co dzień. Nie od dzisiaj, i nie od wczoraj. 

Są ludzie, którzy wcale nie popełnili rażących pomyłek w życiu, a mimo to mają problemy. Coś tu się nie zgadza w momencie, kiedy człowiek pracujący nie ma dachu nad głową i musi zorganizować sobie alternatywę. Oglądam dokumenty z kolejnych krajów, czy to ze Stanów, z Wielkiej Brytanii czy chociażby z Portugalii. Do czego to doszło, żeby mieć problem z podstawowymi warunkami do przetrwania, podczas gdy nie unikasz odpowiedzialności za siebie i rodzinę, codziennie wychodząc do pracy? Można by powiedzieć, że za najniższą nigdy nie było luksusów. I to prawda, ale wciąż powinieneś mieć co jeść i gdzie mieszkać. 

Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby wypowiedzieć wojnę politykom, władzy czy całemu systemowi. Bo według mnie nie tędy prowadzi droga do wolności i godności. Każdy sam wybiera w swoim życiu, i to co robią inni, kimkolwiek są, i jakąkolwiek mają władze, nie powinno decydować ostatecznie o Twojej rzeczywistości. Sam jestem w jakimś stopniu pod wpływem działania systemu, urodziłem się przecież kiedy już istniał. Bez względu na to, w jakim miejscu na świecie zamieszkam, ktoś próbuje kontrolować w bezpośredni lub pośredni sposób to, co robię. Teraz nasuwa się pytanie – Jak można to zmienić? 

Jeszcze dziesięć lat temu byłem zależny od przemysłu alkoholowego, tytoniowego oraz producentów marihuany. Oprócz tego byłem niewolnikiem hazardu, czego konsekwencją była również zależność od branży pożyczek. Nie zagłębiając się dalej, wymieniłem pięć batów wiszących wtedy nad moją głową. Dekadę później jestem w zupełnie innym miejscu. Nie płacę już nikomu za dobrowolnie kupowane trucizny i nie muszę też zasuwać na spłatę długów. Mamy co prawda hipotekę, ale to przecież inna kategoria niż pożyczki konsumpcyjne. Wartość nieruchomości rośnie, więc po sprzedaży zyskujemy, a nie tracimy. Nie zostajemy też z niczym, jak wtedy, kiedy wynajmujesz. Poza tym, to nasze jedyne zobowiązanie względem banku, a reszta wydatków to standardowe koszty życia, jak jedzenie, ubrania i rachunki za media. No i wiadomo, podatki. Ale to właśnie część systemu, której akurat ciężko uniknąć posiadając cokolwiek. Mam teraz na myśli to, że nie trzeba być udupionym po pas, po szyję, pracując jedynie żeby przekazywać pieniądze dalej. Można narzekać na podwyżki, tylko co z tego? Czy nie lepiej ograniczyć niepotrzebne wydatki?

Nie wydaję dzisiaj pieniędzy nie tylko na używki, ale też na auto na kredyt, co robiliśmy przez lata żeby mieć dobry samochód, a na który nie było nas wtedy stać za gotówkę. Rok temu zmieniliśmy miejsce zamieszkania, na takie, gdzie domy są znacznie tańsze. Nie mieszkamy może na wsi zabitej dechami, ale to prawda, że nie jesteśmy też w miejscu, gdzie łatwo o pracę. Mimo to, dajemy radę. Jeszcze przed narodzinami naszej córki, czyli niecałe cztery lata temu, pracowaliśmy oboje z żoną na magazynach. Moja żona nigdy nie wróciła już na etat, została w domu z malutką, i zaczęła szukać sposobu na zarabianie online. Ja z kolei, po urodzinach córki najpierw dorabiałem po godzinach pracy, wożąc ludzi na lotniska, ale z czasem znalazłem lepiej płatną pracę, dzięki czemu mogłem zrezygnować z tych kursów. Potem zmieniłem pracę na jeszcze lepszą i stabilniejszą, co pozwoliło nam kontynuować utrzymywanie się z jednej wypłaty. 

Przeprowadziliśmy się z Birmingham do Hartlepool, czyli z dużego miasta z ponad milionem mieszkańców, do miasteczka, gdzie jest ich nieco ponad dziewięćdziesiąt tysięcy. Różnica w każdym niemal względzie jest znacząca. W Birmingham nigdy nie było problemu ze znalezieniem pracy, ale tutaj od roku pracuję na samozatrudnieniu. Zawsze chciałem większej niezależności, bo nie znosiłem mieć szefa oraz konieczności dostosowania się do wymaganych standardów, procedur, zachowań i tak dalej. Wracając jednak do zmiany miejsca zamieszkania, mieliśmy ku temu kilka powodów. Po pierwsze bezpieczeństwo, zwłaszcza, że mamy trójkę dzieci w domu, w wieku od 4 do 11. W Birmingham nigdy nie było super bezpiecznie, nawet jeśli nic konkretnego nie spotkało akurat Ciebie. Mnie spotkała jedynie kradzież auta firmowego sprzed domu, ale można by powiedzieć, że dałem złodziejom okazję, bo wszedłem na chwilę do domu, zostawiając odpalony samochód z kluczykiem w stacyjce. Niech będzie, że się prosiłem o kłopoty. Ale oprócz złodziei, których wszędzie można spotkać, w Birmingham dzieje się dużo więcej niedobrego. Ataki maczetami, nożami, przemoc seksualna, wandalizm i wiele, wiele innych. Obstawiam, że raczej nikt nie chce wychowywać dzieci w takim otoczeniu.

Drugim powodem naszej przeprowadzki na północ Anglii były ceny nieruchomości. W momencie wystawiania domu w Birmingham na sprzedaż, naszą ówczesną rzeczywistością był kredyt hipoteczny na kolejne dwadzieścia siedem lat. Po przeprowadzce, kredyt na jedynie osiem lat. W jaki sposób? Różnicę, którą zarobiliśmy na sprzedaży domu po siedmiu latach płacenia hipoteki, wykorzystaliśmy w większości jako depozyt na nowy dom. Czym pokryliśmy sześćdziesiąt pięć procent jego wartości, co umożliwiło nam nie tylko skrócenie okresu spłaty kredytu hipotecznego, z dwudziestu siedmiu lat do zaledwie ośmiu, ale również obniżenie wysokości miesięcznej raty o około pięćdziesiąt procent. 

Czy już rozumiesz, do czego zmierzam? Do wniosku, że nie trzeba zawsze przyjmować realiów życia jako niemożliwych do zmiany. Istnieją sposoby na przeorganizowanie spraw, i wcale nie potrzebujesz do tego decydować się na minimalistyczną egzystencję mnicha. Skoro my potrafiliśmy, jako rodzina pięcioosobowa doprowadzić do sytuacji, gdzie jedna wypłata wystarcza na życie, to dlaczego Ty nie mógłbyś zmienić swojej pozycji? Nie przechwalam się tu zaradnością, chcę naszym przykładem pokazać, że można po prostu inaczej. Walka z wiatrakami, czyli z systemem prowadzi do frustracji, bezsilności i depresji. Nic nie ugrasz, ale wcale nie musisz. Możesz zdecydować, że znajdziesz sposoby na poprawę sytuacji. Może się to wiązać z rezygnacją z pewnych wygód, możliwości i na pewno ze zmianą sposobu funkcjonowania. Uderza mnie to, jak niektórzy próbują na siłę znaleźć rozwiązania, które polegają na ciągłym gonieniu za własnym ogonem. Więcej zarabiać, mocniej się starać, dłużej pracować, lepiej kombinować. A nie lepiej otworzyć się na alternatywy? Nie jest przecież powiedziane, że podążanie za tym, co robią inni jest kluczem do szczęścia. Mało tego, to raczej doskonały pomysł na zmarnowanie własnego życia, zazwyczaj w pędzie za czymś zupełnie bezwartościowym.  

Walka z systemem nigdy nie miała sensu. Można pracować nad własną codziennością, i to jest w zasięgu absolutnie każdego..

Dodaj komentarz