Kiedy człowiek nie widzi sensu, wpada w stan, zwany pustką egzystencjalną. Objawia się ona nudą, marazmem, ucieczką w używki lub bezmyślnym zabijaniem czasu (np. scrolling, telefon, telewizja).
Z tej perspektywy prokrastynacja nie jest ucieczką przed pracą, ale ucieczką przed odpowiedzialnością za własny sens. Sensu nie „znajduje się” jak zagubionych kluczy. Sens się generuje poprzez odpowiedź na pytania, jakie stawia przed nami życie. Prokrastynacja to próba uniknięcia odpowiedzi.
Prokrastynacja to etap procesu. Można to nazwać „inkubacją sensu”. Czasami musisz poczuć ten ból niewykorzystanego potencjału, to „kłucie” i dyskomfort, który czujesz, gdy nie robisz co sobie założyłeś. To uczucie jest dowodem na to, że Twoje zadanie w Tobie żyje i domaga się ujścia. Bez tego bólu nie zrozumiałbyś, jak bardzo tworzenie sensu jest Ci potrzebne do przetrwania psychicznego.
Jeśli moja praca sprowadza się tylko do „przetrwania”, wpadam w pustkę.
Musiało mnie docisnąć do spodu, żebym zrozumiał czego potrzebuję w życiu. Nie potrafię być obojętny wobec pracy, po prostu nie przechodzi mi to bez echa i tyle. Być może innych to rybka, ale marnujesz życie zajmując się czymś bez znaczenia. Nie dbam o miliony na koncie, sławę, uznanie czy inne płytkie nagrody za zrobienie czegoś właściwie. W moim pisaniu chodzi o tworzenie sensu mojego życia, na co dzień. A praca, która daje jedynie przetrwanie jest pułapką pustki egzystencjalnej. Odczuwane w związku z tym napięcie daje sygnał, że coś nie jest tak jak powinno. Każdy dół trzeba czymś wypełnić, żeby nie wpadać w niego w kółko. Ile czasu marnujemy na głupoty? Prokrastynacja była etapem, który musiał mnie zaboleć. Musiałem poczuć ten egzystencjalny głód, żeby zrozumieć, że bez tworzenia po prostu usycham. Teraz już wiem: nie piszę dlatego, że chcę zarobić miliony. Piszę, bo – jak u Frankla – to jest zadanie, które życie postawiło przede mną. I tylko ja mogę je wykonać.
Irytacja odkładaniem pasji
Czy to nie irytujące, że przychodzi stawić czoła prokrastynacji, w momencie, kiedy człowiek w końcu znajdzie dla siebie zajęcie, dzięki któremu czuje się dobrze sam ze sobą? Po spędzeniu wielu godzin na czytaniu książek o rozwoju osobistym, po spisaniu wielu stron notatnika z przemyśleniami, i napisaniu wielu tekstów, które umożliwiły wyplucie wszystkiego, co dotychczas było ukryte w środku. Tak bardzo chciałem odkryć swój dar, swoje powołanie i życiowy cel. Kiedy zbliżyłem się do prawdy, i właściwie już ją poznałem, nagle okazało się, że niekoniecznie łatwo jest po prostu robić to, co się kocha robić. Paradoks, prawda? Bo życie jest bardziej kompleksowe, niż system zero jedynkowy. To nie działa na zasadzie- wybierz coś i po prostu rób. To znaczy powinno tak wyglądać, przynajmniej w wyobrażeniu. W rzeczywistości fakt, że wiem co chcę robić, wcale nie jest ostatecznie wystarczający do zanurzenia się w tym. Choć nie powiem, że nie tworzy czegoś w rodzaju opuszczonej na dnie morza kotwicy, której nie sposób zignorować, bo nigdzie nie jesteś w stanie się dalej ruszyć bez niej. Tak samo ja poczułem, że utknąłem, mimo że wybrałem własną ścieżkę. Jednak coś we mnie ciągle poddaje w wątpliwość kierunek, jaki wybrałem. Po początkowej fazie wielkiej ekscytacji, zaczął się proces mieszania w kotle niepewności. A może coś innego, niż pisanie jest moim powołaniem? Może jednak wrócić do coachingu, bo tam można pomagać ludziom? Z drugiej strony, to tam się właśnie męczyłem z tym, że muszę głównie słuchać kogoś, a ja preferuję autoekspresję. Dlatego coaching w moim wydaniu nie potrwał zbyt długo. Choć dzisiaj widzę, że nie tylko o charakter zajęcia chodziło. Bo w pisaniu mam jeden wspólny, ten sam problem – promowanie. Reklama i wyskakiwanie komuś z lodówki na każdym kroku mnie nie pociąga. Ale nie sposób sprzedać książki, bez pokazania się światu.
Najlepsze jest to, że nigdy bym nie pomyślał o prokrastynacji. Zanim doszedłem do wniosku, że chcę zajmować się pisaniem – uważałem, że jeśli tylko znajdę odpowiednie dla siebie zajęcie, to nie będzie żadnego problemu z wykonywaniem. Wtedy największym problemem wydawało się odkrycie co jest dla mnie. Jednak z perspektywy czasu widzę, że nawet zdecydowanie się na coś konkretnego nie wystarczyło żeby przestać odwlekać. To dla mnie paradoks, którego pewnie nie mogłem pojąć przez długi czas. Wciąż się z nim właściwie mierzę, więc to póki co jest kwestia być może rosnącej wolno świadomości zjawiska.
Więc co będzie dalej? Czasami przychodzi mi do głowy jedynie, że być może moją życiową wędrówką ma być lekcja wytrwałości. Wbrew swoim predyspozycjom do szybkiego startowania. Żeby cokolwiek trwałego zbudować potrzeba cierpliwości i regularności. Nawet jeśli masz już gotowe materiały, nic nie powstanie z szybkością pstryknięcia palcami. A ja póki co miotam się od robienia do nierobienia. Odbijam się od siebie samego. Dzisiaj jestem tutaj nad klawiaturą, ale jutro kto wie? Być może wmówię sobie brak czasu, goniące obowiązki, czy inne ’ważniejsze’ sprawy. Tymczasem potrzebuję struktury, której mógłbym się uczepić. Zapuścić korzenie w odpowiedniej glebie. Przestać marnować czas, który upływa. Obserwowałem ostatnio w biegu parę starszych osób, które ledwo już się poruszają. Co będzie ze mną, jeśli dotrwam podobnego wieku i stanu? Przestanę mieć cokolwiek ważnego do zrobienia, a tego czego nie zrobiłem będę żałował? Pluł sobie w pomarszczoną twarz, niechętnie spoglądając w lustro? Tak – nie wiem dokąd moje działania mogą mnie zaprowadzić. Ale nie chcę bardziej dowiedzieć się dokąd mnie nie zaprowadzą. To też forma lęku, prawda? Kolejny do kolekcji..

Dodaj komentarz