Od dobrych kilku lat mam poczucie, że marnuję swoje życie. Mam świadomość że stać mnie na coś więcej niż praca fizyczna. Czuję potrzebę głębi i znaczenia. Latając z ciężarami po magazynach pragnąłem się stamtąd wydostać. Jeżdżąc długie godziny vanem czy samochodem marzyłem o zmianie. Nie mogę więc powiedzieć, że jedynie nie chciało mi się pracować w ten sposób. To po prostu coś, co jest totalnym przeciwieństwem tego kim jestem. Nie cierpiałem wypalenia zawodowego, ale stały zawód samym sobą. Nie rozumiałem dlaczego nie potrafię jakoś inaczej, przecież nie każdy jebie na magazynie.
Widziałem ludzi zajmujących się innymi rzeczami, czytałem w internecie o lepszych zajęciach. A mimo to sam ciągle tkwiłem można by powiedzieć, że na dnie drabinki. Obserwowałem współpracowników, czyli skazańców takich jak ja. Nawet jeśli ktoś się uśmiechał, to bynajmniej nie z powodu przebywania w miejscu pracy. Czasami ktoś próbuje być pozytywny na siłę, wiesz? Albo coś mu się udało na zewnątrz magazynu, w prywatnym życiu, i przychodzi do pracy cały w skowronkach. To wcale nie oznacza, że chce tutaj być i jest zadowolony z sytuacji w pracy. Choć nie ukrywam że bywali i tacy, którzy twierdzili inaczej- wszystko jest spoko, nie ma co zmieniać. Nigdy jednak w to nie wierzyłem. Jak można być zadowolony z ciężkiej pracy fizycznej w zamian za najniższą?
Jak zamienić prostą pracę fizyczną, której byłem i wciąż jestem niewolnikiem od wielu lat – na coś tak z pozoru abstrakcyjnego jak pisanie książek? Jak zbudować most pomiędzy obecnym a docelowym?
Jeśli prokrastynujesz w pracy, której nienawidzisz – to mechanizm obronny. Ale jeśli prokrastynujesz w samorealizacji (jak ja przez lata z pisaniem) – to jest tragedia, bo marnujesz swój jedyny kapitał: duszę. Jestem taki jak Ty, chcę żyć po swojemu w pełni. Nie ma innej drogi ku temu niż bycie sobą.
Przerzucanie odpowiedzialności
Co może być gorszego od poczucia przemijania bez znaczenia? Czy można coś zrobić z nieodpartym uczuciem marnowania czasu? Za małolata nie zastanawiałem się nad tym zbyt często, z naciskiem na wcale. Priorytety były zupełnie inne, a myślenie o przyszłości w ogóle nie było moją kategorią. Kiedy jednak już trochę doświadczysz w życiu i stuknie ci trzydziestka, to perspektywa zaczyna się zmieniać. Może wcześniej ignorowałeś ludzi mówiących o sensie życia, o samorealizacji, o autentyczności. A teraz masz ochotę zgłębić te tematy, bo czujesz potrzebę czegoś więcej niż praca i dom?
Powtórzę raz jeszcze – nie chodzi o lenistwo czy wygodę. Większa wolność wiąże się właśnie z większą odpowiedzialnością. Tutaj kamyczek do ogródka tych, którzy przez całe życie przeszli licząc na to, że ktoś się zajmie ich problemami. Staram się unikać marnowania czasu na oglądanie, ale czasami na nic więcej nie mam ochoty ani siły. Przynajmniej tak sobie wmawiam wieczorami po pracy. Z racji tego, że planujemy powrót z UK do Polski na stałe, tematyka tych filmików kręci się wokół warunków życia w Polsce. Narzekający na wysokie czynsze emeryci, którzy mówią że nie mają za co żyć. Młodzi przekonujący, że w kraju nie ma żadnych perspektyw i jakby mieli tylko okazję to by wyjechali. Na sondach ulicznych jak zwykle, zdania są podzielone. Jednak tematy nagrań są raczej negatywne i pesymistyczne. Dlatego algorytm youtube podrzuca mi więcej ’niepokojących treści’ – o biedzie i patologii w UK, w Polsce, w USA, Niemczech, Holandii.. Jednak głównie patrzę na UK i Polskę. Lokalne nagrania pokazują w którą stronę gnije Wielka Brytania i potwierdzają dlaczego chcemy stąd spieprzać. Druga narracja to drożyzna, trudność z wiązaniem końca z końcem i brak pracy. To samo można znaleźć na facebookowych grupach o powrotach. Miks osób zadowolonych z decyzji którą podjęli jakiś czas temu, z narzekającymi na trudności w odnalezieniu się w nowej, innej rzeczywistości. Prawda jak zwykle leży pewnie gdzieś pośrodku, i to zależy od indywidualnej sytuacji.
Do czego jednak zmierzam? Do rozkminy, która przychodzi mi na myśl wchłaniając takie treści. Brzmi ona mniej więcej tak: Co robili do tej pory ludzie, którzy mówią pesymistycznie o sytuacji? Czy ich jedynym problemem jest to, kto akurat rządzi? Czy raczej konsekwentnie winią wszystko i wszystkich dookoła? Czy emeryt nie miał wystarczająco czasu w swoim życiu żeby spróbować coś zmienić? Czy młodzi są tak samo skazani na łaskę i los państwa, że jedyne co ich czeka w wieku siedemdziesięciu lat to narzekanie jak im źle? Kogo obwiniacie za swoje niezadowolenie? Kto jest odpowiedzialny za twoje życie? Rząd? Obcy ludzie? Zgniły świat? A może ufoludki, które jeszcze się tutaj nie dostały, ale mają w planach nas wszystkich zniszczyć? Na co czekałeś do tej pory i na co liczysz? Nie kupuję argumentów, że każdy ma pod górkę z powodu zdrowia czy przypadkowych okoliczności. Każde życie jest tutaj po coś, każdy coś może i powinien. Ograniczenia nie powinny być wymówką do nicnierobienia. Do pozostania w sytuacji która kłuje pod żebrami.
Treści tego typu w internecie i to, co mówią w nich ludzie świadczy o powszechności zjawiska przerzucania odpowiedzialności z siebie na zewnątrz. Na innych ludzi, na system, na okoliczności. Niektórzy nie unikną wrodzonych wad fizycznych czy intelektualnych. Ale poznałem osoby, które mimo niepełnosprawności dalej próbują. Poza tym pewnie nie przeczyta tego tekstu ktoś, kto nie potrafi, prawda? Doceń fakt, że mógłbyś mieć ciężej niż ‚tylko’ walczyć z prokrastynacją. To górka, ale wciąż do pokonania. Bo żyją między nami tacy, którzy nie są we władzy intelektualnej zrozumieć zjawiska prokrastynacji w ogóle. Drastyczne, ale prawdziwe.
Przez lata byłem wzorowym pracownikiem w cudzym świecie, będąc jednocześnie największym sabotażystą we własnym
Zaledwie osiem miesięcy temu rzuciłem etat. Złożyłem wypowiedzenie w poprzedniej pracy, co było też oczywiście związane z naszą przeprowadzką na drugi koniec kraju. Jednak nie planowałem znaleźć kolejnego etatu w nowym miejscu. Postanowiłem pójść krok dalej i spróbować samozatrudnienia jak parę lat wstecz. Zacząłem proces wyrabiania licencji na przewóz osób. A żeby w międzyczasie mieć z czego się utrzymać, rozwoziłem jedzenie i zakupy przez aplikację Uber Eats.
Od kilku miesięcy nie nastawiam w ogóle budzika, co jest czymś, czego nie miałem od wielu lat. Co prawda wstaję i tak raczej wcześniej niż później, ale to nie zmienia faktu, że nie odczuwam presji związanej z wyjściem do pracy punkt siódma rano. Jeszcze lepsze jest to, że nie muszę więcej użerać się z szefem. Gdzie bym nie poszedł przez ostatnie lata, nie było miejsca, w którym prędzej czy później nie miałbym jakiejś spiny. Nie pozwalam się traktować jak gówno, więc kiedy przełożony przesadzał musiałem się odezwać. Nie kończyło się to miłymi rozmowami. Zawsze pozostawał niesmak, a później – „po brytyjsku” udawanie, że niby wszystko jest w porządku.
Walić takie zakłamane towarzystwo i firmę, która jak większość innych ma pracowników głęboko w dupie. Wytrzymałem tam przeszło półtora roku, co w moim przypadku jest jednym z najdłuższych stażów. Mam dzisiaj trzydzieści sześć lat, i choć wciąż nie jestem stary, to już pewnie okolice połowy życia. Już nie ma czasu na samo zastanawianie się i wieczne planowanie życia po swojemu. Albo gram, albo wypadam z gry. Jak to jest, że potrafiłem być punktualny dla szefa, którego nie znosiłem, a nie potrafiłem znaleźć tej samej dyscypliny dla siebie i swoich marzeń?
Czy zastanawiałeś się, gdzie będziesz za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat? Czekasz byle do emerytury? Jak myślisz, jak będą wyglądały te lata, skoro już dzisiaj się męczysz z tym jak jest? Nie opuszcza mnie poczucie pilności zmiany, bo boję się utknąć w tej beznadziei. Nie chcę w wieku czterdziestu, pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat obudzić się z ręką w nocniku. Wciąż pracując dla kogoś, dalej frustrując się rzeczywistością. To nie dla mnie, już wyczerpałem limit bezsilności. Muszę przejść do działania w kierunku własnej wizji życia. Kiedy, jeśli nie teraz do cholery?
Wizja z cudzych salonów
Kiedy w poprzedniej pracy odwiedzałem klientów w ich domach, widziałem ich: siedzieli przy laptopach, w dresach, z kawą pod ręką. Nie wiedziałem, co robią, pewnie większość i tak klepała tabelki dla kogoś innego, ale pociągała mnie ta perspektywa. Nie chodziło o lenistwo czy wygodę. Chodziło o odrazę do munduru. Nienawidziłem kamizelek odblaskowych, butów z metalowym noskiem i tej pieczętującej niewolnictwo godziny 7:00, o której musiałem się zameldować „na bazie”. Chciałem swobody bycia ubranym w to, co chcę, i robienia rzeczy po swojemu.
Dzisiaj na Uberze mam tę swobodę częściowo, ale pisanie to poziom wyżej. To praca, do której nie muszę nawet wystawiać nosa za próg, a co ważniejsze – praca, w której nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem.
Wojna o to, kim jesteś Wcześniej myślałem, że prokrastynacja to brak dyscypliny. Teraz rozumiem, że to walka o tożsamość. Każdy z nas ma w głowie wzór tego, kim jest, i zgodnie z nim działa w świecie. Jeśli w głębi duszy wierzysz, że jesteś tylko magazynierem lub kierowcą, będziesz robił to, co robią magazynierzy – będziesz czekał na polecenia i odliczał czas do fajrantu.
Konflikt wartości, o którym piszę, to nic innego jak starcie między dotychczasową tożsamością (pracownika w hierarchii) a tożsamością pożądaną (autora, twórcy, wolnego człowieka). Kiedy wybieram pisanie zamiast bezmyślnego scrollowania telefonu lub szukania wymówki o braku możliwości, ja nie tylko „wykonuję zadanie”. Ja potwierdzam swoją tożsamość autora. Przestaję być we własnych oczach niewolnikiem cudzych struktur. To jest ten inny wymiar wolności. Tracimy swoją autentyczną twarz, gdy pozwalamy, by to inni definiowali, co mamy na sobie i o której mamy się stawić. Odzyskujemy ją w momencie, gdy bierzemy odpowiedzialność za własną automotywację.
Codzienne wybory decydują o jakości życia.
Czas zrozumieć, że każdy wybór tworzy naszą przyszłość. A konstruktywne zmiany nigdy nie przychodzą same. Jeśli dzisiaj jest ci źle, to sygnał, że nie można dłużej zwlekać. Chyba że planujesz ponurą emeryturę, chcesz osiągnąć mistrzostwo w narzekaniu, albo zwyczajnie nie obchodzi cię co będzie dalej? Wolałbym jednak żebyś potraktował frustrację i bezsilność jako paliwo do tworzenia nowego i lepszego, cokolwiek to dla ciebie oznacza. Jak to zrobić? Codzienne, małe kroczki – wybory, które potwierdzają lub zaprzeczają naszym dążeniom. Można oszukać innych, ale nigdy samego siebie..


Dodaj komentarz