Czym jest jakość życia? Nie lepszymi rzeczami, nie większą ilością pieniędzy. Więc czym? Lepszymi problemami? Brakiem zmartwień i problemów? A czy to w ogóle możliwe? I co mi po życiu bez wyzwań, w którym wszystko gra i wychodzi według życzeń? Jakość życia musi być czymś ponad to, co powierzchowne. Ponad tym, co przemija. Jak się ma do tego samorealizacja, a jak relacje? Po co to nam? Po co chcieć czegoś, co nie zależy jedynie od nas i od naszego wyboru? Niekoniecznie możesz być bogaty, ale możesz dla przykładu wybrać bycie dobrym. Więc być zamiast mieć?
Snuję takie rozważania, bo sens istnienia wciąż jest dla mnie tajemnicą. Jestem szczerze przekonany co do tego, że nie istnieje odgórnie ustalony sens. Wierzę, że sami go tworzymy poprzez nasze wybory i działania. Tylko, po co tworzyć? Ktoś powie przecież, że na końcu i tak umieramy i wszystko co robiliśmy przez całe życie przestanie się wtedy liczyć. Muszę w tym miejscu wspomnieć, że nie przyjmuję do siebie wersji o braku kontynuacji po śmierci. Nie mówię o niebie i piekle. Może bardziej wierzę w reinkarnację, lub coś w tym stylu. Już jako małolat zastanawiałem się czasami – Co się ze mną stanie po śmierci ciała? Trudno machnąć ręką i powiedzieć że zniknę i koniec, kropka. To jakoś nie przechodzi z intelektualnego punktu widzenia.
Religijne osoby twierdzą, że znają odpowiedź. Mają nadzieję na spełnienie wizji z ksiąg. Ja nie umiem, i nie potrafię sobie wyobrazić tych scenariuszy. Nawet jeśli miałyby okazać się na końcu prawdą. Na dzisiaj, przez te trzydzieści sześć lat życia na ziemi nie przekonałem się do żadnej z tych wersji, do żadnej religii. Nie żebym je w ogóle studiował, ale po prostu nigdy nie czułem pociągu do takich praktyk. Nie trzeba się z tym oczywiście zgadzać, bo to jedynie moja perspektywa. Potrzebuję autentycznie poczuć prawdę i mieć prawdziwe spotkanie z intuicją. Zaufanie nie rodzi się z powtarzania tego co mówią inni. Albo czujesz połączenie z teorią, bo widzisz w praktyce jak działa, albo jedynie spekulujesz. Ja nie chcę strzelać w tak ważnej kwestii.
Być może to zbyt zagmatwane, bądź nie sposób dotrzeć do prawdziwej odpowiedzi? Może mam spędzić życie właśnie na poszukiwaniu prawdy o istnieniu? I w tym wszystkim najważniejszy może okazać się sam proces, a nie dotarcie do jakiejś mety. Minęło parę lat tułaczki odkąd grzebię we własnej głowie. Ciągle mi czegoś brakuje, ciągle mi jest mało. Upadam i wstaję. Przewracam się żeby zaraz polecieć. Co to właściwie jest życie? Już niejeden raz byłem w euforii odkryć, a chwilę później od nowa nic nie wiedziałem i miałem wrażenie, że rozumiem nawet mniej niż na początku. Jakbym się cofnął zamiast pójść do przodu. Choć to chyba nie tak działa, że można poczuć progres w danej chwili. Odbywa się w tle, zupełnie tak jak działa podświadomość. To w sumie to samo chyba? Przecież od nieświadomego do świadomego, od nocy do dnia. Przez cierpienie do szczęścia. Wychodzi się z ciemności tylko kiedy zabłyśnie promyk światła, inaczej nie można zmienić własnej postawy. Nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
Chciałbym chociaż dowiedzieć się na końcu – Dlaczego piszę teraz właśnie w ten sposób? Dlaczego usiadłem i znikąd akurat tak, a nie inaczej? To nie może być przypadek, ja już chyba tak mam. Muszę dręczyć sam siebie pytaniami, na które niekoniecznie przyjdzie mi znaleźć kiedykolwiek konkretne i jasne odpowiedzi. Ciekawi mnie, co inni myślą na temat naszego losu po śmierci.


Dodaj komentarz