O świadomości.

Złapałem bakcyla na temat pracy wykonanej przez Carla Junga. Z jego powodu zainteresowałem się własną osobowością, sensem życia i samorealizacją. Musiałem zacząć szukać odpowiedzi, bo stawiałem sobie kolejne pytania o naturę życia. Nigdy wcześniej nie miałem spójnej teorii na temat tego, po co żyję i jaki jest cel. W sumie do dzisiaj nie mam, ale gromadzę wiedzę. Książki początkowo służyły mi do odkrywania mechanizmów psychiki, które blokują moje zrozumienie. Przecież żyłem z nałogami w tle i pracując na magazynie, czego nie cierpiałem. Było mi źle z samym sobą, z tym jak jest. Najpierw szukałem winy na zewnątrz, w innych albo w samej rzeczywistości. Trochę czasu mi zajęło zanim zacząłem patrzeć we właściwym kierunku, czyli do wewnątrz.

Jung był archeologiem psychologii. Nie zadowalały go teorie postawione przez innych i wciąż kopał. To chyba najlepsze określenie dla ścieżki jego życia. Ciągłe odkrywanie, coraz głębiej i głębiej. Wiedział z czasem, że ograniczenia wynikają z poziomu świadomości, na którym obecnie się znajduje. Dlatego nie ustawał w poszukiwaniach. I takie właśnie podejście mnie zainspirowało. W pewnym momencie trafiłem też na książkę Hawkinsa „Siła czy Moc” , w której opisuje poziomy świadomości na podstawie emocji i sposobu działania ego. Właśnie czytam jego kolejną pozycję, o przekraczaniu tych poziomów. Wystarczyło, że w końcu złapałem trochę czasu na czytanie i wszystko wróciło. Pasja zainteresowania świadomością. Ostatnio pisałem głównie o tym, jak próbuję wyrobić nawyk codziennego pisania. Ale nie powiedziałem jeszcze, dlaczego jest to dla mnie tak ważne. Nie chodzi jedynie o to, że lubię samą czynność. To coś znacznie większego. Pisanie jest dla mnie rodzajem modlitwy czy medytacji. Nie praktykuję żadnej religii, ani nie oddaję się konkretnej filozofii czy nurtowi myślowemu. Właśnie Jung nauczył mnie, że nie jest potrzebne określenie jednego, słusznego systemu. W ogóle systemy nie są potrzebne, bo nasza psychika jest czymś ponad to. Życie jest czymś więcej niż przystosowaniem się do jakichś reguł i zasad. Chcę przez to powiedzieć, że nigdy nie potrafiłem się zdecydować na podążanie w jednym kierunku. Interesował mnie trochę buddyzm, ale nie każdy jego aspekt i nie praktykowanie. Raczej korzystanie z jego mądrości jako praktyk dochodzenia prawdy. Podoba mi się też w nim to, że nie odrzuca istnienia i słuszności innych wierzeń. Tu nie chodzi o tolerancję, tylko o zrozumienie, że wszyscy zmierzają tak na prawdę w tym samym kierunku, ale na różny sposób. Każdy z nas chce wiedzieć po co tu jest, jaki jest sens życia i cel naszego istnienia w ogóle. A ktokolwiek temu zaprzecza, najwyraźniej nie jest jeszcze gotowy na prawdę. Przecież nie można powiedzieć, że nas to nie obchodzi.

Jestem w trakcie odkrywania, w ciągle trwającej podróży. Choć wciąż od czasu do czasu budzi się we mnie opór, to nie odpuszczam. Nie zadowala mnie dostosowanie się do tego, co ludzie uznają za słuszne. Wierzę, że życie to coś więcej niż przetrwanie, niż kopiowanie innych, zakładając, że tamci wiedzą co robią. Bo tak naprawdę większość wcale nie wie czego chce. Nie rozumieją własnych motywacji, a co dopiero sensu tego wszystkiego. Nie wywyższam się teraz, twierdząc że jestem mądrzejszy. Mówię, że nie chcę siebie oszukiwać. Podążam za tym, jaki jestem. Dlatego zajmuję się rozpoznawaniem swoich cech, zauważaniem negatywnych popędów czy zrozumieniem mechanizmów psychiki. To indywidualna praca, właśnie to mam na myśli.

Świat każdego jest tak rozległy, jak horyzonty właściciela. Wierzymy w to, co uważamy za prawdziwe. Inaczej nie kłócilibyśmy się o żadne sprawy, o żadne kwestie, które różnią nas z innymi. Albo powodują że chcemy podążać własną ścieżką. W kierunku gdzie naturalnie nas ciągnie. Mam takie przemyślenie, że stratą czasu jest życie dla przetrwania. To jakby podstawowe ustawienie, zero zaawansowania. Choć pewnie nie każdy na to przystanie, na tym świat się nie kończy. Może zaczyna, ale na pewno nie jest to wystarczające żeby mieć dobre życie. Krzywdzisz sam siebie powstrzymując się od autentycznego życia. Nie ma na to wymówek, ani logicznego usprawiedliwienia. Nie widzisz co dzieje się ze światem? Jak wielu świruje bo kompletnie nie mają na siebie pomysłu? Zajmują się byle czym, bo to lepsze niż pustka, której i tak w ten sposób nie wypełnią. Prawdziwe cierpienie nie jest bólem fizycznym, ale stękaniem duszy. Ciało ma swoje limity, ale to, co w środku wątpię. Można zanurzyć się tak głęboko w rozpaczy, że czarny kolor przy tym wydaje się być tęczą.

Może nas uczono, że istnieje jakaś hierarchia. Co powinniśmy traktować jako najważniejsze, do czego zmierzać w życiu. Tylko skąd, ktokolwiek miałby wiedzieć co jest dla mnie dobre? To tylko wyobrażenia i przekonania, wyciągnięte z własnego domu, edukacji, systemu czy religii panujących w danym kraju. Moi rodzice, dla przykładu, nigdy nie rozumieli mojego pociągu do piłki. Zainteresowałem się nią w wieku ośmiu lat, a kiedy miałem trzynaście czy czternaście moja matka zaczęła mi odradzać granie. Wystarczyło złamać rękę na boisku, a kontuzje przecież się zdarzają. Mówiła żebym odpuścił, bo inaczej zostanę kiedyś kaleką. Tak serio? Małolatowi zakochanemu w robieniu czegoś, mówić coś takiego? Rozumiem że matka chce jak najlepiej dla dziecka. Ale odbierać mu marzenia? To nie w porządku. Mój ojciec z kolei, nie miał ochoty przychodzić na moje mecze. Choć męczyłem go niejednokrotnie. Faktem jest, że na kilku był. Ale ja chciałem żeby był zawsze, a weekendy miał zazwyczaj wolne. Nie będę wieszał na nim psów, bo chłop chciał odpocząć po tygodniu pracy. Tylko że w ciągu tygodnia nic nie robiliśmy wspólnie. Nigdy nie myślałem o tym, że miałem taką potrzebę. Ale pamiętam, że zawsze chciałem żeby przyszedł. To musiało mieć jakiś wpływ, bo później piłkę traktowałem coraz mniej poważnie. To znaczy chętnie trenowałem i grałem. Jednak zacząłem równocześnie palić papierosy i pić alkohol.

Uważam, że w obecnych czasach, człowiek potrzebuje jeszcze bardziej niż dotąd dobrze poznać samego siebie. W tym całym medialnym szumie, chaosie i dezinformacji. To naturalne odkrywać czego chcę od życia i czego potrzebuję, ale wielu wcale tego nie robi. Podążają za trendami, za przekonaniami budowanymi przez manipulujące władze, i biznesy wykorzystujące maksymalnie brak świadomości. Żonglują naszymi emocjami dla uzyskania własnych celów. Masy stają się popychadłami i przegrywają życie. Spędzone jedynie na pracy, konsumpcji i przyjemnościach. Co ludzie dzisiaj sobie cenią najbardziej? Przecież to widać w popularności wszelkiej maści serwisów sprzedażowych i usługowych. Kto sprzedaje jest na górze, a kupujący zapieprzają na kupowanie i rozwalanie kasy na co tylko można. Używki mają się w najlepsze. Tłumy chodzą do pracy tylko po to, żeby napełnić kieszenie rekinów gotowych wyciągnąć od ciebie nawet pożyczone pieniądze. Tak dbają o nasz interes, że mają w dupie, czy zastawisz dom żeby kupić wycieczkę albo nowe auto. Wymyśla się coraz nowsze sposoby na zadłużenie się, nawet dla tych, którzy w ogóle nie prognozują żeby byli w stanie zwrócić co wzięli. Kosmos, takich czasów doczekaliśmy. 

W pracy etatowej, jak w mało jakim miejscu, zawsze czułem się jak zgnieciony w ciasnym pudełku. Ograniczali mnie przełożeni oraz współpracownicy. Stawiane są wymagania i oczekuje się czegoś konkretnego w zamian za wypłatę. Kwestia wartości nie istnieje, bo ”Business is business” – jak to nieraz miałem okazję usłyszeć, kiedy domagałem się sprawiedliwego traktowania. Wkurzało mnie w kolejnych pracach, że nieważne czy miałem rację czy nie, gówno miałem do powiedzenia. Albo mogłem sobie gadać, ale wiadomo było, że nie zostanie to poważnie potraktowane. Długo walczyłem z tego typu wiatrakami. Moja żona próbowała mnie uspokajać, i tłumaczyć bezcelowość stawiania się kolejnym szefom. Nie miałem jednak cierpliwości do rozmów, w których byłem traktowany jak idiota. Albo ktoś pozbawiony jakichkolwiek praw. Można było wtedy odnieść wrażenie, że nie dość, że pracuję za małe pieniądze, to w dodatku nic nie znaczę nawet jako człowiek, jako żywa istota. Skąd taka pogarda dla kogoś niżej w drabince? Czym sobie zasłużyłem na ignorowanie nawet zwykłych, ludzkich potrzeb? Podejmowałem wiele razy nowe zajęcia, bo kwestią czasu było kiedy moja frustracja narastała do coraz nowszych, rekordowych wskaźników. Jaki był wybór? Podwinąć ogon i siedzieć cicho lub postawić się i wylecieć? Robiłem po swojemu, czyli podejmowałem decyzję o rezygnacji kiedy miarka się przebrała. Oczywiście najpierw znajdowałem kolejny etat, żeby nie zostać na lodzie z płynnością finansową.

Bez tego nie zrozumiałbym czego potrzebuję. Byłem zagubiony i pochłonięty nieistotnymi sprawami, ponieważ nie miałem w swoim życiu niczego ważnego. Nic nie budziło we mnie ochoty na kolejny dzień. Wyrastałem w przekonaniu, że i tak niewiele mogę, że powinno się podążać pewną utartą ścieżką. Tylko ja się w tym nie potrafiłem odnaleźć. Nie mogłem przystać na to, żeby po prostu chodzić do szkoły w ogólniaku, kiedy nic tam mnie nie interesowało. Żaden przedmiot nie wzbudzał we mnie pozytywnych emocji poza wychowaniem fizycznym. W niektórych lubiłem pewne zajęcia, głównie kiedy trzeba było coś napisać, ale po swojemu. Czyli przetworzyć informacje i stworzyć nową, albo ich podsumowanie własnymi słowami. Wtedy nie zwracałem nawet uwagi na to, że lubię pisać. Było to dla mnie naturalne. Co jak co, ale cieszyłem się, kiedy miałem w tym swobodę, w tzw laniu wody jak to nazywałem. Wtedy wiedziałem, że zawsze coś mi się uda z tego wyciągnąć. W taki sposób zdałem maturę z polskiego, właśnie improwizując.

Byłem zmęczony brakiem kierunku w życiu. Nie miałem niczego, na czym mógłbym oprzeć moją rzeczywistość. Ani planu, ani wizji, ani nawet ambicji. Jednak wewnętrzny opór przed tym stanem narastał. Stawało się tak niewygodne, że mimo tych wszystkich nałogów wracało. To poczucie, że dłużej tak nie mogę. Nie chcę, a jeśli tak ma być dalej to zakończ to Kamil, kurwa! Dlatego uważam, że sens życia jest najważniejszą i podstawową kwestią dla człowieka. Przez moje doświadczenia zrozumiałem, że funkcjonowanie bez odkrycia odpowiedzi na to fundamentalne pytanie, to zmierzanie donikąd. To głęboko zakorzeniona w nas potrzeba. Życie powinno mieć znaczenie. Tylko teraz kwestia, jakie znaczenie? 

Można szukać odpowiedzi w religiach, w filozofii, w różnych ideologiach i systemach myślowych. W kulturze, w społeczeństwie, w książkach, w internecie. Kto zna odpowiedź? 

Według mnie życie nie ma odgórnie wyznaczonego sensu, bo to my nadajemy sens naszymi działaniami. A robimy to, co wybieramy świadomie lub nie. Wybierać powinniśmy tak jak prawdziwie czujemy, bez masek i odgrywania ról dla zewnętrznego świata. Naszą autentyczność w tych wyborach zabijają i blokują nałogi, dystraktory i manipulacje. Tracimy przez nie zdolność jasnego i niezależnego myślenia. Nie mamy dostępu do prawdziwych zasobów i potencjału. Jeśli nie mamy możliwości bycia uważnym żeby móc siebie samego obserwować żeby poznać prawdę, to nie żyjemy własnym życiem. Im większa świadomość, tym większy wybór tego co robimy, czyli jaki sens nadajemy własnemu istnieniu.

Oprócz bloga, piszę też książki.

https://www.naffy.io/kamil-batko

Dodaj komentarz

E-booki


„Po co tu jestem”

Ocena: 5 na 5.

„Dlaczego praca powinna mieć sens”

Ocena: 4 na 5.