Autentyczność i odpowiedzialność za własne życie
Każdy powinien tworzyć życie na własnych zasadach, autentycznie. To indywidualny i jedyny właściwy projekt. To zbyt naiwne liczyć, że ktoś potrafi zrobić to za ciebie. Mijam codziennie na ulicy ludzi którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić. Wydaje mi się, że część z nich czuje się pokrzywdzona przez los. Jakby istniała siła, która działa zupełnie bez powodów. Nie wiem czy wierzysz w karmę, ale nasze działania zawsze mają skutki. Nie muszą być natychmiastowe, ale na pewno będą. Nie zawsze jest to forma której się spodziewamy.
Droga do celu i cena zmian
Zadanie, które stoi teraz przede mną. Wiem już co chcę robić, wiem dlaczego i po co. Jestem wciąż daleko, a jednocześnie blisko. Mam zamiar i intencję, ale działanie jest w trakcie. I właśnie o tym dzisiaj mowa. O codziennym, mozolnym budowaniu mostu pomiędzy tym, co stare i nowe. Żeby życie wyglądało według moich zasad muszę mocno na to zapracować. To nie stanie się z dnia na dzień, ani nie będzie tylko lekko, łatwo i przyjemnie. To trochę paradoks, prawda? Żeby stworzyć wymarzone realia trzeba się wysilić. Mocno zaangażować i zasuwać. I dobrze, bo muszę poznać prawdziwą cenę. Łatwiej siedzieć na dupie i poddać się temu, jak jest. Ale wcale nie lżej, bo cierpisz z powodu niespasowania. Wartości to najważniejsza rzecz, a bez nich jesteśmy jak statek bez kapitana. Kto chciałby zatonąć?
Przyczyny zagubienia i brak uniwersalnych wzorców
W czym problem? W tym, że nie byłem nigdy nauczony dążyć do własnych celów. Nikt nie pokazał mi za małolata co ma prawdziwą wartość. Ani jaki kierunek jest właściwy. Było za to pełno przemycania cudzych teorii na temat tego, jak powinno wyglądać życie każdego. Bo tak niektórzy uważają, że każdy jeden powinien stricte stosować się do jakiegoś odgórnie nadanego porządku. A celem jest realizacja tego, co w jednej książce czy w drugiej. Albo zasłyszane w kościele lub w szkole. Nieprawda! Nie ma uniwersalnych wzorców, ani dobrych dla wszystkich instrukcji jak żyć. Nie było i nigdy nie będzie. To tak po prostu nie funkcjonuje. Świat został stworzony tak żebyś sam musiał do tego dotrzeć. To bardzo dobre, bo najpierw jesteś zmuszony odrzucić co nie twoje. Wszystkie przywary zgromadzone po drodze do momentu w którym masz wszystkiego dość.
Przeformułowanie relacji i rezygnacja z przeszłości
Pojedyncze zachowanie może kogoś odsunąć, zachęcić czy zastanowić. Wystarczy że wyjechałem z Polski, a szybko przestałem mieć kontakt z ludźmi których widywałem regularnie. Po roku czasu została już tylko jedna osoba, z którą mam kontakt do dzisiaj. Rzadko, ale wciąż. Kiedy byłem na miejscu, siłą rzeczy spotykałem innych. Jak widać dla większości z nich nigdy nie znaczyłem nic więcej niż znajoma twarz. Ale to w porządku, bo wcale mi tego nie szkoda. Prawda jest taka, że tak było w obydwie strony. Puste relacje to nic nadzwyczajnego. Wystarczy zrobić coś innego, albo nawet po prostu zaprzestać tego, co się robiło dotychczas żeby kontakt się urwał. Na przestrzeni lat przestałem palić, jarać i pić. Próbowałem pracy online jako coach, jestem na samozatrudnieniu i pracuję na Uber Eats. Do tego piszę, co już w ogóle jest chyba niezrozumiałe. Wysyłam czasem temu jednemu pozostałemu znajomemu jakiś swój tekst. Podrzuciłem mu nawet info, że napisałem niedawno ebooka „Po co tu jestem?”. Oczywiście żadnej reakcji poza gifem z uniesionym kciukiem. Całe OK, to dostałem w zamian za podzielenie się faktem o napisaniu książki o najtrudniejszych momentach w swoim życiu. Nie mam do niego pretensji, ani nie wymagałem konkretnej reakcji. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że można z kimś utrzymywać kontakt przez lata, ale na ile obchodzisz drugą osobę to już inna sprawa. Nie żałuję też, że właściwie wszystkie kontakty się posypały. Moje podejście do życia się zmieniło i to wyszło naturalnie. O czym miałbym rozmawiać z kimś, kto był jedynie kompanem do chlania? Przecież po dziewięciu miesiącach absencji nie pamiętam już jak smakuje alkohol. Fajek nie palę od 2018 roku, więc to już w ogóle kosmos. Ale myślę, że część tych osób które znałem wcale mnie nawet nie lubiły. Albo kiedyś zrobiłem lub powiedziałem coś, co ich skutecznie zniechęciło. Mój wyjazd był więc dobrą okazją to odczepienia się. Chodzi o to, że zdaję sobie sprawę, że nie zawsze byłem w porządku. Zwłaszcza w okresie kiedy głównie melanżowałem, a później przychodziłem pożyczać pieniądze na spłatę hazardowych długów. Nie mógłbym mieć pretensji do kogoś, kto się na mnie zwyczajnie wtedy zawiódł.
Trudności w budowaniu nowego życia
Dlatego właśnie budowanie mostu pomiędzy tym, jak jest obecnie, a tym jak chcesz żeby było, nie jest łatwe. Zmieniasz podejście i nie każdemu będzie to pasować. Prawdopodobnie większości, bo inni chcą, żebyś był zawsze taki sam. Zwłaszcza grono tych, którzy sami unikają wszelkich zmian. Więc nie dość, że nastawienie do życia jest inne, to inne stają się relacje. To wcale nie jest łatwe zrezygnować z przyzwyczajeń. Ale pytanie nie brzmi: co jest wygodne? Tylko: co jest prawdziwe?
Różnice
A różnice między ludźmi? Z powodu innego zdania, przemyśleń czy filozofii? Lub braku konkretnego, określonego światopoglądu? Może religii, partii czy cokolwiek jeszcze nas dzieli. Dla kogo tworzymy świat różnic, skoro dzięki nim jest tak piękny? Pełny rozmaitości, unikalności i gotowy do rozwoju. Właśnie dzięki temu że każdy jest inny. Tylko to jest postrzegane zazwyczaj negatywnie, jak brak doskonałości, której żaden z nas nie posiada, ani zbliżyć się do niej nie może, bo ona nie istnieje lub jest już obecna, bez względu na to, jak wygląda w konkretnym przypadku. Lubię rozmawiać z czytelnikami w komentarzach, ale nie dla pochwał. Z powodu wspomnianych różnic, które pozwalają nam nieidealnie wpisywać się pomiędzy nasze ustalenia. Dyskusja, nie hejt lub kłótnia. Chociaż są powody sądzić, że każda forma coś daje. Dyskusja pozwala na wymianę, hejt na projekcję a kłótnia przyczynia się do podziałów. Wszystkie formy są zarówno potrzebne, ale niekoniecznie konstruktywne. Chociaż można nauczyć się budować na krytyce, nawet tej czysto zawistnej. Z mocnego nawozu dojrzałe owoce. A gdyby nie projekcja, to ciężej zauważyć czemu przypisuję drugiemu to, czego we mnie sporo i stąd rozpoznaję. To prawda, że nie powinniśmy się nawzajem pouczać. Ale warto rozmawiać, wiedzieć czym jest kłótnia i nie oszukiwać się twierdząc że świat jest pozbawiony agresji. Jako eseista nie mam wyjścia, przecież publikuję. Więc to pewnie nie zajęcie dla każdego, bo w tekście i komentarzach natkniesz się głównie na samego siebie. Widzianego oczami różnych perspektyw. Lubię to lustro, mój ulubiony sposób refleksji. Uczę się więcej pisząc teksty niż czytając książki. Może to wydaje się oczywiste, bo tworzenie jest ponad konsumpcją. Siedemnaście dni pod rząd, a ciągle chcę więcej..
Dążenie do autentyczności i celowości działań
Bo to jest okres przejściowy, w ten sposób to potraktuję. Jestem pomiędzy etapem zakończenia jak żyłem dotychczas, a czymś zupełnie nowym. To wymagało czasu, ale jestem właśnie tu. Buduję most, który ma połączyć stare z nowym. Jak zwykle zresztą, po przejściu każdych poprzednich drzwi. Ale czemu? Nic tak nie satysfakcjonuje mnie jak poczucie autentyczności w działaniu. Kiedy tego brakuje, albo co gorsza robię wbrew sobie, ciało daje mi od razu znać. Emocje nie pozwalają odpuścić. Dlatego czasami kłócę się w myślach czy wybory moralne są ponad etycznymi? Czy lepiej być tym razem dyplomatą czy może powiedzieć wprost? Nie uznaję chyba kompromisów, choć pewnie i tego się nauczę. Póki co kiedy poczuję mocny opór przed czymś, pierwszą myślą jest stawić kontrę. Nie zawsze to jest korzystne. Może to nieco zagmatwane, ale próbuję właśnie powiedzieć, że budowanie mostu pomiędzy starym życiem a nowym nie zawsze jest wygodne. Ludzie którzy robią rzeczy na siłę cierpią. Naturalny proces też ma jednak swoją cenę. Może i wygodniej byłoby odpuścić, ale do czego to prowadzi? Do przegapionego życia?
Proces pisania jako droga do samopoznania
Jeszcze nie wiem dokąd mnie doprowadzi pisanie. Nie muszę wiedzieć, potrzebuję poddać się procesowi. Bez posłuszeństwa, ale z wyczuciem. Czyli wszystko co ma sens robić nadal i obserwować jak działa. Wydaje mi się czasem, że sam nie wiem o czym pisać, bo napisałem już kilka stron w życiu i niekiedy pojawia się pytanie: czy ja się nie powtarzam? Nie znam jednak dwóch swoich identycznych tekstów, a to prowadzi do wniosku, że nawet pisząc o tym samym nigdy nie myślę o tym w ten sam sposób. To wskazuje działanie procesu którego nie zamierzam zatrzymywać. Dobrze mi z pisaniem i będę kontynuował. Już ma znaczący, jeśli nie największy wpływ na mnie samego. Mogę uzewnętrznić to, z czego być może nie zdawałem sobie nawet sprawy. To wartościowy efekt, nieprawdaż?
Pisanie jako zawód i źródło utrzymania
Musi być jakiś cel. Nie bez powodu nie mogę dostać od razu tego, czego chcę. Bo jaka to lekcja wytrwałości bez cierpliwości? Konsekwencja, której chcę się nauczyć, nie jest czymś życzeniowym że dzisiaj jest, a jutro może nie. Dziewiętnasty dzień pisania nie jest nawet początkiem, więc kalendarz za mnie tego nie załatwi. To sprawa na całe życie, nie na miesiąc lub dopóki mi się chce odznaczać kolejne dni na tablicy przed biurkiem. Nie chodzi w ogóle o naliczanie. Nauka którą podjąłem dotyczy czegoś więcej niż udowodnienie sobie że potrafię. Na własnej skórze przekonuję się dlaczego wybrałem pisanie. To część mojej tożsamości, bo wrasta w moje dni i staje się rzeczywistością. Już nie tylko nadzieją na coś lepszego w życiu i ucieczką przed etatami i tym podobnymi. Zarabianie to jedno, ale ja chcę robić przede wszystkim to, co dla mnie ważne. Po co ja tak bardzo liczę na efekt w postaci wymiernych korzyści materialnych? Bo jestem pisarzem, a pisarz nie tylko pisze ale zarabia jak każdy inny zawód. Więc nie jestem zachłanny ani naiwny, chcę uczciwie zarabiać. A jaki znajdę lepszy sposób i w czym mogę pokazać największą jakość? To moje coś i zamierzam to pielęgnować..
Zwątpienie, poszukiwanie alternatyw i frustracja
Musi być jakiś sposób, żeby to zadziałało. Nie mogę odpuszczać i wciąż próbować. Nie mam pojęcia na dzień dzisiejszy co z tym w końcu zrobię. Jestem w typowej kropce. W patowej sytuacji, gdzie żadne rozwiązanie nie wydaje się skuteczne. Próbowałem w różny sposób zachęcić do kupienia moich ebooków, ale nic nie działa. Z jednej strony mam świadomość, że potrzeba czasu, i to bliżej nieokreślonego. Ale ani nie słynę z cierpliwości, ani nie jest mi łatwo się z tym pogodzić. Mimo że to rozumiem. Jak polubić proces? Jeżdżę codziennie na uberze i marzy mi się zmiana. Chcę już zarabiać na pisaniu, a przecież dopiero zacząłem w ogóle regularnie to robić. Już to jest sukcesem w porównaniu z tym co było do tej pory, a co dopiero gdy nadejdzie wielki efekt w postaci sprzedaży książek. To jak wzlatywanie do chmur w nadziei na coś lepszego, na coś fajnego i super satysfakcjonującego. By po chwili spadać z prędkością światła w dół. To się nazywa niepewność, jedna wielka pierdolona niepewność. Zwątpienie w sens tego co robię. To gorzkie uczucie. Nawet w momencie pisania tego zdania przeszły mnie ciarki po ciele, bo ciężko mi to znosić. Napalanie się na zmianę i jednoczesne ciągłe rozczarowywanie się. Kurwa..
Czasami serio myślę, że powinienem sobie może odpuścić. Ale jaką mam alternatywę? Nie zamierzam męczyć buły na uberze do usranej śmierci. Zresztą ani to opłacalne ani napełniające niczym poza drobniakami. Tracę czas i nie podoba mi się to. Dzisiaj myślę o tym żeby wykombinować coś innego. Zastąpić ubera jakimś zajęciem online, ale co ja mógłbym robić? To jedna wielka pustka w głowie! Nawet podpowiedzi sztucznej inteligencji nie pomagają. Bo ciągle odgrzewa te same kotlety z przedwczoraj. „Mając na uwadze twoje umiejętności pisarskie mógłbyś zająć się copywritingiem.” A w dupie to mam! Nie chcę być pod kimś i na czyjeś zlecenie pisać sztucznych farmazonów żeby skusić ludzi do skorzystania z jakichś usług lub zakupu czegoś. Nie leży mi to, nie potrafię, nie chcę, no nie i tyle. A sam pomysłu lepszego nie mam. Straszna kupa, dręczy tym bardziej że nie mam w zwyczaju odpuszczać, póki nie znajdę rozwiązania. A odpuścić nie chcę za nic, bo zmarnowałem wiele lat na robienie czegoś, czego nie chciałem. To musi się w końcu zmienić raz na zawsze, na dobre. Nie ucieknę przed tą potrzebą, to niemożliwe. Chcę pełnego życia a nie połówkowej satysfakcji z pisania do szuflady, albo jedynie postów na facebooku i na blogu. Chcę więcej, chcę żeby tak wyglądało moje życie. Pisanie, nie ubery, nie copywritingi nie cokolwiek innego. Bo nic innego nie przychodzi mi nawet do głowy. Tylko pisać potrafię, bez względu na okoliczności: czy hałas czy cisza, rano, czy wieczór. To nie ma znaczenia. Potrafię z łatwością usiąść i zacząć. Wcześniej do mnie nie docierało jak naturalnym procesem dla mnie jest pisać. Wystarczy zacząć.
Mijają kolejne dni i nic się nie zmienia. Próbuję na siłę sprzedać choć jednego ebooka. Nic nie działa, czego bym nie spróbował. Albo ja nawet nie wiem jak próbować bo gówno się znam na sprzedaży czegokolwiek, w necie tym bardziej. Nie wiem jak utrzymać się na powierzchni. Co chwila dopada mnie zwątpienie, bo nic nie idzie. Tak stwierdzam nie widząc wymiernego efektu. A może to tak właśnie ma wyglądać moja droga? Może tym jest wspomniany proces? Przez większość swojego życia nie żyłem po swojemu a teraz miałoby się to zmienić w ciągu dni czy miesięcy, tylko dlatego że tak sobie życzę? Dobrym jest to, że zrozumiałem jak pisanie może być uniwersalnym narzędziem. Już kiedyś o tym słyszałem i zgodziłem się nawet intelektualnie wtedy, ale nie używałem. Nie musi być tylko narzędziem do tworzenia książek, postów czy w ogóle konkretnych tekstów. Pisanie może służyć do autorefleksji bez konieczności publikowania. Do rozpisania pomysłów, nadziei, problemów.. Cokolwiek właściwie wrzucisz do zmielenia pod palcami lub długopisem. Papier czy edytor tekstu przyjmie absolutnie wszystko, bez pojedynczego wyjątku. Można więc pieprzyć trzy po trzy, stulać byle co lub stworzyć coś pięknego lub bardzo kreatywnego. Uparłem się na e-booki, bloga, posty. A może jest jeszcze jakaś inna ścieżka? Magda z selfmastery.pl kiedyś wspomniała, że nie każdy kto lubi pisać musi być pisarzem. Hmm..
Przekonanie i motywacja pomimo trudności
Tylko czy te wątpliwości mają jakiekolwiek uzasadnienie? Poszperałem nieco w poszukiwaniu alternatywnych ścieżek dla kogoś, kto chce pisać. Trafiłem co prawda na ciekawy wątek na jednym forum, i choć wymieniono tam wiele różnych zawodów i zajęć, do żadnego z nich nie czuję minimalnego pociągu. Jedna osoba rzuciła też ciekawą uwagą: większość sprzedawców nie potrafi pisać, a większość pisarzy nie potrafi sprzedawać. I tu zostałem trafiony prosto w serce. Kompletnie nie mam pomysłów na promowanie własnych tekstów poza opublikowaniem ich na blogu i na facebooku. Nie lubię sztywnych hasełek i napompowanych obietnic. W ogóle nie leżą mi produktowe obietnice. To nie jest telewizor czy pralka. Tekst może mieć różny wpływ na odbiorcę lub być zupełnie obojętny. Utwierdzam się w przekonaniu, że chcę być autorem, pomimo wątpliwości. Bo to niezależne zajęcie i w ten sposób chciałbym funkcjonować. Myślę, że mi się uda, ale potrzebuję czasu. Nie wiem jak długo, ale nie zamierzam rezygnować, bo nie widzę innej opcji. Według mojego asystenta Gemini – kombinacja moich wiodących talentów Gallupa w połączeniu z typem osobowości Działacza jest stworzona do bycia między innymi przedsiębiorcą czy autorem. Czas to sensownie połączyć żeby w końcu sprzedać drugiego e-booka. Moja żona w ciągu ostatniego roku spędziła niezliczoną ilość godzin na nauce nowego zajęcia, żeby zarabiać online i dopiero od niedawna ma pierwsze efekty. Wygląda na to, że teraz moja kolej na wytrwałość.
Sens pisania i samorealizacja
I teraz rozkmina, po co ja właściwie piszę? Jeśli chcę przyczynić się do czegoś dobrego dla innych, to muszę nadać temu pisaniu kierunek. Być może powinienem skupić się na tworzeniu zamiast na próbie sprzedaży. Bo nie sprzedaż jest najważniejsza, a odbiera mi trochę radość z tworzenia. Chwilowo pomyliłem priorytety, choć jak mówią, traktuj to jak biznes jak każdy inny. Może i racja, bo bez promocyjnych działań chyba nikt się nie dowie co robię. Ale nie lubię tego i nie potrafię wymyślić optymalnego sposobu. Albo jak zwykle pali mi się dupa przedwcześnie, bo ja to zawsze chcę natychmiastowych efektów. Taki jestem, zero cierpliwości:) Poza tym to chyba dość powszechne, że chcemy widzieć, że to, co robimy, ma sens. Już na etapie samego działania.
Nie sądziłem, że znajdę się w takiej sytuacji. Gdzie pochłania mnie potrzeba bycia sobą. Nie tylko przez parę godzin dziennie. „Pisanie jest moim planem wyjścia z obecnej sytuacji” – i nie widzę innych opcji na dzisiaj. Kim jesteś czytelniku? Czego szukasz w moich tekstach? Czy jak ja chcesz żyć po swojemu? Szukasz odpowiedzi na dręczące pytania – po co tu jesteś i jaki jest cel twojego życia? Trafiłem raz na termin powód do życia. Od tamtej pory nie może mi to wyjść z głowy. Rozpisałem nawet małą mapę myśli na ten temat. Powód do życia ma rozwiązać problem pustki egzystencjalnej i przekuć ją w sens i cel życia. Skoro tworzę sens podejmowanymi działaniami, to pisanie jest tym powodem. Dla którego trzymam się mimo, że nie jest dzisiaj jeszcze tak jakbym sobie tego życzył. Nie mogę też przewidzieć kiedy tak będzie. Mam jednak coś, co pozwala mi wierzyć w możliwości. Samorealizacja jest moją kluczową wartością.
Balans między pracą a życiem osobistym
W całej tej drodze do zmian nie można zapomnieć o tym, co już jest ważnego w życiu. O rodzinie, o tym żeby czasem się zatrzymać, w biegu zajęć czy pracy, i znaleźć czas na refleksję. Osobiście mam tendencję do ciągłego zajmowania się czymś. Kiedy zjeżdżam na godzinną przerwę do domu, to oprócz jedzenia śniadania i picia kawy, muszę coś jeszcze robić. Siadam przed laptopem lub z telefonem szukając czegoś, lub bawię się choć chwilkę z córką i próbuję porozmawiać z żoną. Na koniec roboczego dnia chcę spędzić czas z rodziną. Tak jak wczoraj, kiedy kolejny raz pojechaliśmy na spacer na wybrzeże. Zachód słońca jest idealnym momentem i było naprawdę pięknie. Rozmarzyłem się trochę, pomyślałem że chcę więcej takich chwil. Nie chodzi tylko o spacer nad morzem, do którego teraz mamy ledwie kilka minut jazdy autem. Potrzebuję więcej takich spokojnych momentów. Czemu by nie codziennie? Warto się jakoś zresetować emocjonalnie i mieć chwilkę na refleksję. Bądź po prostu podziwianie piękna przyrody. Wczoraj wieczorem praca przestała mieć znaczenie, pomyślałem że można przecież funkcjonować bez przymusu gonienia za pieniędzmi. Nie trzeba popadać w skrajności, od przepracowywania się do braku zajęcia zarobkowego w ogóle. Tu trzeba jakiegoś balansu, żeby móc zmieścić coś więcej w życiu. Nie każdy założył rodzinę, ale to nie znaczy, że musi zajmować się jedynie pracą. Kurde, czy naprawdę nie jest możliwe pogodzenie zarabiania z życiem osobistym? W moim idealnym scenariuszu: zajmuję się na co dzień pisaniem w domu. Zarabiam, a do tego mam rodzinę pod ręką. Mogę rozmawiać z nimi i bawić się. Przerywam kiedy sam zdecyduję, a nie kiedy zadzwoni na przerwę w zakładzie. Nie chodzi mi o wygodę bycia w domu, tylko o zrównoważone życie. Do takiego modelu zmierzam, choć każdy będzie miał swój zamysł i preferencje. Chciałbym zaznaczyć że warto o tym pomyśleć dzisiaj, bo za kilka lat możesz być w sytuacji kiedy możliwości się skurczą. Nie potrafię sobie dla przykładu wyobrazić pracy fizycznej do późnej starości, choć widuję takich ludzi. Najgorsze jest to, że często później nie będą mieli nic, poza utratą zdrowia. Ja nie chcę iść w tym kierunku.
Kreowanie życia i decydowanie o przyszłości
Poza tym życie powinno mieć swój smak i swoją esencję. Nie tylko obowiązki, wyrzeczenia i próba przetrwania. Cieszę się że zacząłem o tym myśleć przed czterdziestką, dopóki mam siły żeby się zebrać do działania. Choć tak naprawdę nigdy nie wiadomo ile pożyjemy, więc wiek nie powinien ograniczać prób. Ciężko słuchać wymówek, że ktoś jest za stary na zmiany. Przecież zmiany i tak nadchodzą, czy chcemy tego czy nie. Ale czy nie lepiej samemu o nich zdecydować? Wziąć sprawy w swoje ręce i nie czekać na to co przyniesie przyszłość. Za kilka lat będzie inaczej. Dla takiej idei warto zastanowić się czy jesteś we właściwym miejscu. Jak to się ma do porządku w jakim chciałbyś się znaleźć? Czy to takie dziwne myśleć o dobrym życiu? Po co się męczyć latami i gorzknieć? Gnić od środka przez cierpienie, frustrację, bezradność i pretensje. Można grać ofiarę losu lub być kreatorem, co wybierasz?
Refleksja nad kondycją społeczną (alkoholizm)
Wczoraj znowu miałem niecodzienną sytuację. Jechałem autem po dwupasmowej drodze w stronę centrum. Z dystansu zauważyłem coś przy krawędzi jezdni. Okazało się, że to pijany facet, który śpi położony na rowerze. Na najbardziej ruchliwej drodze w mieście, gdzie mimo limitu prędkości do czterdziestu mil na godzinę, wielu kierowców jedzie znacznie szybciej. To mogła być pewna śmierć. Kierowca jadący tuż za mną, również zatrzymał się na awaryjnych. Dopiero kiedy podszedłem i zagadałem to mężczyzna się ocknął. W międzyczasie, kiedy podnosiliśmy go z ziemi, na przeciwległym pasie zatrzymał się policyjny van. Dołączyła do nas policjantka i wskazała nam lukę w ogrodzeniu którą można go było wyprowadzić poza jezdnię. Miał też rozwaloną głowę, albo chociaż istniejącą ranę która zaczęła krwawić od nowa. Dalej w tej historii nie ma nic nadzwyczajnego, bo w końcu przyjechał ktoś z oddziału drogówki, a później karetka. Wtedy mogłem odjechać. Coraz częściej widuję pijanych, a wczoraj, czekając na zamówienie do odebrania w tesco express, obserwowałem przewijających się klientów. W niedzielę popołudniu głównym produktem był alkohol, zazwyczaj piwo, choć niektórzy brali też whisky czy wino. Nie mogliśmy z żoną też od razu zasnąć wieczorem i zdążyliśmy usłyszeć sąsiada wymiotującego w toalecie.. Ogólnie nie wygląda na pijaka, ale chyba cały dzień oglądał z kimś mecze piłki nożnej, i w końcu „skumulowało mu się szczęście”..


Dodaj komentarz