Wyzwanie, które podejmuję każdego dnia, żeby to, do czego zmierzam, mogło ujrzeć światło dzienne. Z jednej strony pragnę natychmiastowego efektu, żeby poczuć, że to, co robię, ma jakąś wartość. Wtedy przychodzi twarde zderzenie z rzeczywistością. To nie działa tak życzeniowo. Z tym też trzeba się pogodzić i kontynuować. To proste, ale cholernie trudne w praktyce. Mimo że zajmuję się czymś, co mnie naprawdę pociąga. Pisanie jest dla mnie wyrazem samorealizacji. Wyrażaniem tego, kim i jaki jestem, o czym myślę. To mój świat.
Tak właśnie musiałem zostać zmielony przez mieszankę wychowania z kulturą, że dzisiaj mam problem z utrzymaniem konsekwencji w działaniu. Potrafię być regularny z chodzeniem do zwykłej pracy, a pisać wcale nie muszę, żeby przetrwać. Łatwo zrezygnować, odpuścić sobie i zająć się czymkolwiek innym. Tylko później wraca moralniak, który dociska mnie kolanem do podłogi. „Na co liczysz chłopaczku?” – bezlitośnie pokazuje mi rzeczywistość. Jestem w takim punkcie, gdzie nie ma odwrotu. Albo robię to, co kocham, albo przepadam w pustce beznadziei. W pustce egzystencjalnej, trawiącej nadzieję na autentyczne życie. Ja nie szukam bogactwa, prestiżu czy podziwu. Chcę być w pełni sobą, nie tylko wewnątrz. Od lat zrzucam po kolei maski, które nosiłem. One nie są mną, tylko stanowią produkt socjalizacji. Każdy, kto żyje między innymi ludźmi, musi się jakoś mniej lub bardziej dostosować.
Poza tym życie jest wielowymiarowe. Nie mogę tylko usiąść i pisać. W pierwszej kolejności muszę zapewnić utrzymanie mojej rodzinie. Później dbam o relacje z żoną i dziećmi, bo dobrze wracać do domu, gdzie ktoś się do mnie uśmiecha. Chcę czuć się tu jak u siebie, pomiędzy moimi ludźmi. Od paru lat to są moi główni i jedyni znajomi, przyjaciele. Razem żyjemy, kłócimy się, ale też bawimy razem. To z moją rodziną wyjeżdżamy na wycieczki, tutaj wstaję rano i zasypiam w nocy. Dobrze jest mieć dom, który nie jest jedynie budynkiem.
Na tablicy przed biurkiem zaznaczam ósmy dzień pisania z rzędu. Na razie mi się udaje codziennie rano usiąść z kawą przy laptopie. Wiem jednak, że będzie ciężej. Nie jestem pesymistą, tylko już trochę siebie znam. Jestem fanem nowych pomysłów i szybko potrafię się rozłączyć. Wmawiam sobie, że na przykład coś innego w tym momencie jest ważniejsze. Albo generuję wymówkę, że przecież jestem niewyspany rano, a w ciągu dnia zmęczony pracą. To sprytne mechanizmy w mojej psychice i wcale nie jest łatwo się im oprzeć. Mimo wiedzy, jak działają, potrzeba tutaj czegoś więcej, co pomaga wytrwać. A odpuszczenie jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Nie chodzi o perfekcjonizm i zmuszanie się każdego dnia. Wiem, że jak zrezygnuję, to będę żałował. Będę biczował się w myślach. To bardzo niemiłe uczucie, być zawiedzionym samym sobą. Wymagam od siebie więcej, bo chcę żyć inaczej. Każdy wygrany dzień, kiedy nie odpuszczę pisania, przybliża mnie do tego celu. Z taką myślą potrzebuję jutro wstać, pojutrze też i następnego dnia…




Dodaj komentarz